01
Dzień, jak co dzień. Dzień, który był jak każdy inny i niczego tak naprawdę nie zapowiadało. Nie zapowiadał problemu, który miał odmienić Christinę Le Strange jej dotychczasowe życie o sto osiemdziesiąt stopni. Życie, które, jak widać, było tylko stertą kłamstw i niedomówień, aby tylko ukryć fakt, kim naprawdę była.
W takim razie, kim ona była? A czym tak naprawdę nie była? Od tego momentu, już kompletnie nie była pewna, kim naprawdę ona była. A teraz wiedziała, że nie była stuprocentowym człowiekiem, jak jeszcze do tej pory sądziła i jak do tej pory jej wmawiano niczym jak jakaś zdarta płyta.
Tylko była nic niewartym mieszańcem, którego i tak nikt nie chciał. Nawet jej własny biologiczny ojciec... W sumie, co do tego nie była w stu procentach, pewna. Bo jak by nie patrzeć, Christinę nie znała go i zapewne nie będzie miała możliwości poznać. Może to i lepiej, bo zapewne wygarnęłaby mu to wszystko, co siedziało w niej obecnie.
Jak mógł tak potraktować jej mamę. Jak by była dla niego jedynie pionkiem i nic więcej. Tak jak by nic dla niego nie znaczyła. Chociaż i co do tego mogła mieć błędny tok myślenia. Więc niczego nie mogła być pewna, dopóki się z nim nie spotka. A co za tym idzie, nie powinna go tak mocno oczerniać, jak obecnie to robiła!
Jednak, co się dziwić, że w taki sposób o nim myślała, kiedy od dawna nie miała z nim styczności? Gdyby miała więcej z nim styczności, pewnie inaczej, by teraz o nim myślała i pewnie mniej, by na niego słała niecenzuralne słowa. Do tego, nie musiałaby wysłuchiwać tych durnych komentarzy pod jej i jej mamy adresem, jak to teraz było. Musiała mocno się powstrzymać, aby niczego im na ten temat nie powiedzieć.
── Ech... ── tylko tyle wydobyło się z drobnych ust Christinę, kiedy spoglądała na swoje odbicie w lustrze, które przyprawiało ją na tę chwilę o mdłości, którego od kiedy pamiętała, nienawidziła do samych kości.
Mając nadzieję, że tym razem ono nie zatrzeszczy. Może to były tylko jej urojenia, ale zawsze tak było, gdy widziała w nich swoje odbicie. Co jak wiadomo, wolała nikomu o tym nie mówić, bo bała się, że ją zamknął w pokoju bez klamek. A tego, jak wiadomo, nie chciała, bo wówczas nie mogłaby poznać prawdy!
Westchnęła ponownie, odwracając wzrok od karmelowej karnacji, której niejedna laska, by marzyła, aby uzyskać ją przy pomocy solarki. Ona tego problemu nie miała, ponieważ taka się urodziła. Z czego jak wiadomo, nie była zadowolona, bo wyróżniała się na tle innych osób.
Co jeszcze bardziej było dla Christinę enigmatyczne. Czyżby jej ojciec miał ciemną karnację i z tego powodu jej mama nie mogła być z nim? Innej wersji nie miała zamiaru dopuścić do siebie, a tym bardziej nie mogła jej ona przejść przez umysł. Nawet teraz nie była w stanie jej wypowiedzieć na głos, tak mocno się jej bała.
W tym momencie powiedziała sobie „STOP" i pokręciła głową, aby odrzucić od siebie te złe myśli. Jeśli jej mama nie chciała o tym mówić. Nie mogła jej do tego zmusić, aby wyjawiła prawdę. Może kiedyś dowie się całej prawdy, ale na tę chwilę, może jedynie cieszyć się z tego, że jest jej dane żyć.
Z drugiej jednak strony, bardzo się tej prawdy bała. Ponieważ nie wiedziała, jaka ona naprawdę była. Najbardziej bała się tego, że mogła być tak naprawdę adoptowana. A i mama, która ją do tej pory wychowywała, wcale jej prawdziwą mamą nie była. Nie wspominając, że czuła samą sobą, że ona nie umarła.
Tylko żyje, ale gdzieś ją ktoś przetrzymuje i ukartował to tak, jakby wyglądało na wypadek. Wiedziała, że nie miała na to żadnych dowodów, a przeczucia, które nic jej nie dawały. To według Christinę było bardzo frustrujące, ale nic na to poradzić nie mogła. Jedynie mogła złościć się i wysyłać obelgi pod adresem jej biologicznego ojca, że do tego dopuścił.
Spuściła głowę w dół, czując na sobie wzrok reszty rodziny od strony mamy. Jak siedziała na tym krześle jako najbliższa osoba. A drugie obok niej było puste, gdzie powinien teraz siedzieć jej mąż i ojciec. Z powodu tego, że samochód wpadł w płomienie. Nie było mowy, aby można było zidentyfikować osobę znajdująca się w nim, który należał do jej mamy.
A co za tym idzie, mógł być ktokolwiek, a nie jak policja i tak dalej ustalili, że to była jej mama. Po zakończonej mszy ruszyła kondukcie żałobnym, pochować „mamę" w rodzinnym grobie. Co już było dla Christinę nie do zniesienia. Bo jeśli okazałoby się, że jej mama żyje. To w takim razie, kogo w tym grobie pochowali?
Jednak nie mogła powiedzieć tego powiedzieć na głos, musiała to zostawić dla siebie samej. Wystarczyły jej te wszystkie szepty i docinki, które dochodziły do jej uszu, tak jakby myśleli, że ich ona nie słyszy. Westchnęła cicho, prosząc tylko o to, aby mogła się stąd jak najszybciej ulotnić.
── Niech to się wszystko skończy... ── mruknęła Christinę do siebie samej pod nosem, nie zważając na to, co mówił ksiądz, bo tak kłamał, że aż jej krew w żyłach z tego powodu się gotowała.
A to dlatego, że nie było sensu słuchać o tym, jak opowiada o jej mamie. Chociaż wcale jej nie chowała, tylko kompletnie obcą osobę. Oczywiście, gdyby powiedziała to na głos, wszcząłby się niemały raban. Więc musiała to znieść, chociaż tego słuchać nie chciała. Do tego jeszcze doszła sprawa, kto się nią zajmie.
Bo z tego, co się orientowała, to nikt nie chciał jej wziąć pod swój dach. Tak jakby była czymś paskudnym, czymś, co nie miało mieć prawa bytu. To było według niej, najbardziej dobijające, aniżeli słowa, jakie po chwili usłyszała i które nie tylko były pod jej adresem, ale też i jej mamy.
Co już było ponad jej nerwy i które mocno były nie na miejscu. Widać było, jak na dłoni, że owe osoby zapomniały, gdzie aktualnie się znajdowały. Innego wytłumaczenia na takie słowa, jakie obecnie wypowiadały, nie była w stanie znaleźć. Z czego, jak wiadomo, zbytnio nie była zadowolona.
── Nic dziwnego, że ojciec tej małej ją zostawił, jak okazała się taką ladacznicą! ── powiedziała pierwsza z tłumu kobieta, która mogła być jej ciotką, chociaż i tego Christinę nie była w stu procentach pewna, czy nią jednak była.
── Pewnie nawet nie chciał mieć z nią do czynienia i zostawił ją na naszej głowie! ── odparła inna kobieta, wcale, nie owijając w bawełnę, tak jakby nie zwracała uwagi, że Christinę ją słyszała, jakby uważała ją za niewidzialną albo co gorsza, niespełna rozumu, co było bardzo prawdopodobne.
── Jeśli myśli, że ktoś z nas się tym czymś zajmie, to się pomyliła! ── rzekł inny na jej słowa mężczyzna, z miną taką, która za siebie samą mówiła, a której nie było w stanie z niczym innym pomylić.
── To może ja się nią zajmę, zważywszy, że jestem jej prawdziwym ojcem, wówczas nie będziecie mieli nic do gadania? ── dał się po chwili słyszeć głos, który nie należał do nikogo z obecnych.
Nic dziwnego, że Christinę zamarła w bezruchu, tak jak wszyscy obecni w tej Sali, w której obecnie się znajdowali. Gdzie była stypa, na dźwięk tychże słów, które chwilę temu usłyszeli. Nikt nie był w stanie odezwać się ani jednym słowem. Wszystkie głowy, wraz z Christinę zwróciły się w kierunku.
Skąd dochodził, ale nikogo w tym miejscu nie zobaczyli? Przez minutę reszta rodziny sądziła, że to jej chory wybryk i już mieli się odezwać. Kiedy nagle salę spowiła najpierw kompletnie biała mgła, która potem przechodziła w każdy odcień szarości, aż do samej czerni.
A co za tym idzie, nie było mowy, aby ona sama nie była w stanie raczej wykonać. Za bardzo była w szoku, aby również się poruszyć. Ani tym bardziej coś takiego samodzielnie wykonać, co reszta rodziny jej nie wierzyła. Jej oczy w odcieniu płynnego bursztynu, okraszone długimi czarnymi niczym noc rzęsami.
Skupiły całą swoją uwagę i nie pozwalając, aby nic innego im nie przeszkadzało. Lekko zaróżowione z podekscytowania policzki, z każdą chwilą nabierały coraz bardziej koloru. Nie odczuwała strachu, ale zamiast tego, zupełny spokój. Tak jakby tę osobę doskonale znała, chociaż miała dopiero pierwszy raz na oczy ujrzeć.
Chociaż i tego już być pewna nie mogła, bo jej wspomnienia z młodszych lat, były jakieś takie zamglone i niewyraźne. Niedługo po tym, z mgły zaczęła wyłaniać się wysoka postać. Ze skrzydłami o odcieniu czerni, którą pierwszy raz na oczy widziała. Nie wspominając o rogach, które tuż po skrzydłach można było dostrzec.
Wszyscy poza Christinę, okropnie się wystraszyli i panicznie zaczęli odprawiać modły. Nieco ją to zaczęło śmieszyć, bo czuła, że coś jest na rzeczy i nie chcieli powiedzieć jej całej prawdy. Dopiero kiedy mgła lub dym opadł, mogła w pełni. W całej krasie ujrzeć postać, która kompletnie ją zaskoczyła.
Przez co wypowiedziała, takie, a nie inne słowa „To niemożliwe...", które cisnęły jej się na usta. Teraz już była pewna, po kim dostała ten odcień karnacji, ale to przeszło jej największe oczekiwania. Cisza, jaka zapadła po jego nagłym pojawieniu, można było kroić nożem.
Wszyscy obecni, włącznie z samym duchownym i tak dalej, wlepiali w niego oczy i nie mogli oderwać od niego wzroku. Zachowywali się tak, jakby byli w jakimś durnym transie, a jedyną osobą, która nie była dotknięta tym, była samą Christinę. Jednak reszta na to nie zwracała zupełnie uwagi, tak jakby sama dziewczyna była dla nich niewidzialna. Co, jak wiadomo, było jej na rękę, bo przez chwilę mogła odetchnąć z ulgą.
── Coś wy tak zamilkli, jakbyście ducha ujrzeli? ── odezwał się mężczyzna, do którego należał głos, który wcześniej usłyszeli, rozglądając się po osobach znajdujących się w pomieszczeniu, na chwilę, zatrzymując się na księdzu, nim utkwił wzrok w Christinę.
── No i po co ja krakałam?! ── pomyślała po chwili Christinę, kiedy poczuła wzrok tego mężczyzny na sobie, który chwilę wcześniej określił się jej ojcem, czego wcale się za żadne skarby nie spodziewała.
A to dlatego, że im bardziej się mu przyglądała, tym bardziej była pewna, że był jej biologicznym ojcem. Ojcem, którego chwilę temu, chciała udusić za pozostawienie jej matki i jej na pastwę drwin, szyderstw i obelg. Jednak teraz kompletnie nie miała odwagi, aby wydać z siebie, jakikolwiek dźwięk. Jakby to miała być ostatnia chwila przed jej końcem.
Zdawała sobie sprawę z tego, jak głupio to brzmiało, ale taka była prawda. Czuła się okropnie, ale cofnąć swoich słów pod jego adresem, już nie była w stanie. A to dlatego, że to, co zostało już wypowiedziane, nie mogło, jak wiadomo, zostać cofnięte, czy tego chciała, czy też, czy nie. Teraz jedynie pozostało jej mieć nadzieję, że on tych słów nie usłyszał, ale po jego obecnym zachowaniu mogła wywnioskować, że jednak ich nie usłyszał, co było jej na rękę.
── K-kim jesteś i czego tu szukasz!? ── odezwał się po chwili ksiądz, wyciągając przed siebie krzyż, którego słowa zakończone były zarazem wykrzyknikiem, jak i znakiem zapytania, taki był przerażony.
── Kim jestem? Dobre sobie! Przecież powiedziałem, że jestem ojcem tej, którą planowaliście oddać do domu dziecka, traktując ją, jakby była trędowata! A nazywam się Cain Le Strange i jestem prawdziwym mężem Nicole Le Strange i ojcem Christinę Le Strange! I zjawiłem się tu, aby ją zabrać do domu! ── nie mogąc zrozumieć ich debilnego zachowania, który prawie za każdym razem go irytował, kiedy miał styczność z ludźmi.
Atmosfera jeszcze mocniej się zagęściła, bo mężczyzna emanował aurą, której nawet ksiądz nie był w stanie podołać. Prawdę mówiąc, nie dziwiła się temu, że była jedyną osobą, którą ona nie wcisnęła w podłogę. Może dlatego, że jej żyłach płynęła nie tylko krew ludzi, ale też i demonów?








