Rozdział 1: Syrena o szóstej

Syrena stoczni budzi mnie zawsze przed budzikiem.
Nie wiem dlaczego w ogóle mamy budzik. Ten stary, okrągły, z dwoma dzwonkami na górze, który tata kupił gdzieś na targu za pięćdziesiąt pensów. Stoi na parapecie w moim pokoju i jeszcze nigdy, ani razu, nie zdążył zadzwonić pierwszy. Syrena go uprzedza. Syrena uprzedza wszystkich w naszej ulicy, wszystkich w naszej dzielnicy, pewnie wszystkich w całym Liverpoolu którzy mają kogoś w dokach.
Jest szósta rano. Wrzesień. Za oknem jeszcze szaro.
Leżę i słucham jak ten dźwięk przetacza się nad dachami. Niski, długi, trochę jakby miasto kaszlało przez sen. Potem drugi raz. I cisza. I już słyszę tatę na dole – szuranie butów, brzęk czajnika, krótki kaszel który ma każdego ranka odkąd pamiętam.
Wstaję i podchodzę do okna.
Nasza ulica nazywa się Fulton Street i nie ma w niej nic szczególnego. Dwa rzędy ceglanych domów z małymi ogródkami z przodu, choć ogródek to za duże słowo. U nas to kawałek betonu z doniczką, w której mama sadzi coś, co nigdy nie wyrasta.
Latarnia na rogu już zgasła. Pan Kowalski z numeru czternaście, tak, naprawdę tak się nazywa, przyjechał z Polski jeszcze przed wojną, właśnie wychodzi w swoim szarym płaszczu z torbą śniadaniową pod pachą. Za nim, chwilę później, wychodzi tata.
Widzę go z góry. Czarna kurtka robocza, czapka z daszkiem, ten chód, który ma tylko on, trochę do przodu, jakby zawsze szedł pod wiatr. Torba w jednej ręce, w drugiej termos z herbatą który mama pakuje mu każdego ranka. Nie odwraca się. Tata nigdy się nie odwraca kiedy wychodzi do pracy. Mówi że jak człowiek się odwraca to traci czas.
Dołączają do niego inni mężczyźni z ulicy. Po dwóch, po trzech, z różnych drzwi, jakby ktoś ich wszystkich nakręcił tym samym kluczem o tej samej godzinie. Idą razem w stronę doku. Ich sylwetki robią się coraz mniejsze we mgle i zanim zdążę policzyć do dziesięciu i znikają za rogiem.
Wrzesień znaczy że zaraz szkoła.
Schodzę na dół w pidżamie. Mama już od rana jest w kuchni. Ma jak zwykle związane wlosy i ma na sobie swoj ulubiony granatowy fartuch. W powietrzu unosi sie zapach tostów i herbaty. Przy stole siedzi Clare i je owsiankę łyżka za łyżką z taką miną jakby to była najważniejsza czynność na świecie. Ma osiem lat i wszystko robi poważnie. Clare jest przez to troche dziwna, ale tylko trochę. Może się bawić sama przez trzy godziny lalkami na podwórku i nawet się nie odezwać. Ale w sumie nikomu nic do tego.
— Danny, ubierz się zanim usiądziesz — mówi mama nie odwracając się od kuchenki.
Nie wiem jak ona to robi. Słyszy mnie przez ściany, przez drzwi i przez pół ulicy pewnie.
— Jeszcze chwila.
— Nie chwila. Teraz.
Siadam.
— Michael wyszedł? — pytam.
— Michael już od pół godziny nie ma.
Michael to mój brat. Ma szesnaście lat i w tym roku skończył szkołę. Teraz tata zabiera go do stoczni razem ze sobą. Michael jest z tego dumny, widzę to po tym jak chodzi. Trochę tak samo jak tata, do przodu, pod wiatr. Ja mam dwanaście lat i jeszcze mam dwa lata zanim będę musiał myśleć o takich rzeczach. Dwa lata to dużo. Dwa lata to wieczność.
Jem tosty i patrzę przez okno na naszą doniczkę z betonu.
Mama stawia przede mną kubek herbaty. Mocnej, z dużą ilością mleka, tak jak lubię. Siada naprzeciwko z własnym kubkiem i przez chwilę milczymy we dwójkę. Clare skończyła owsiankę i gapi się w sufit z tą swoją poważną miną.
— Pierwsza lekcja o której? — pyta mama.
— O ósmej trzydzieści.
— To masz czas.
Mam czas. Szkoła jest dziesięć minut drogi, znam tę drogę na pamięć najpierw nasza ulica Fulton Street, potem przez park, który parkiem jest tylko z nazwy bo trawnik jest bardziej błotem niż trawą, potem obok sklepu pana Patela, który zawsze stoi w drzwiach i mówi „Morning lad” do każdego kto przechodzi, i już jest brama szkoły z odpadającą farbą i tabliczką która mówi St. Anthony’s Secondary School choć połowa liter ledwo się trzyma.
Nie lubię szkoły. To znaczy, nie nienawidzę jej tak jak niektórzy chłopcy z naszej klasy którzy wymyślają nowe przekleństwa żeby opisać jak bardzo nie chcą tam wracać po wakacjach. Po prostu szkoła jest miejscem gdzie siedzisz i czekasz aż skończy się siedzenie. Pan Higgins od historii ma linijkę którą stuka w biurko kiedy ktoś nie uważa. Pani Morrison od angielskiego mówi do nas jak do głuchych. Pan Davies od wf jest jedynym nauczycielem który pozwala ci oddychać bo na wf biegasz, kopiesz piłkę, jesteś człowiekiem a nie ławką.
No wlasnie, piłka! Tylko o tym myślę przez resztę śniadania. Mamy mecz w sobotę . Liverpool kontra Everton, derby, tata obiecał, że idziemy wszyscy trzej, on ja i Michael. Tata ma taką twarz kiedy mówi o meczu jakby opowiadał o czymś świętym. Michael też już tak ma. Ja mam to samo tylko bardziej, bo ja jeszcze wierzę, że kiedyś sam tam wyjdę, na to boisko, w tej czerwonej koszulce i że trybuny będą ryczeć moje nazwisko.
Moran! Moran!
Brzmi dobrze. Brzmi jak piłkarz.
Wychodzę z domu z torbą szkolną i mijam doniczkę mamy. Coś w niej uparcie rośnie małe i zielone. Nie wiem co to jest ale rośnie. Idę Fulton Street w stronę parku. Mgła się podnosi. Gdzieś daleko, od strony rzeki, słyszę jeszcze jeden odgłos stoczni. Tym razem to nie dzwięk syreny, ale głuche uderzenie metalu o metal, rytmiczne, spokojne, jakby serce miasta biło pod ziemią.
Tak zaczyna się rok szkolny.








