Granice Helvetii

All Rights Reserved ©

Summary

Niejasna przepowiednia wieszczki rzuca trwogę na elfy Helvetii. Widzący podejmuje działania wbrew Radzie, by uchronić społeczeństwo przed krzywdą z ręki bogów. W sprawę wplątują się rozumni inaczej ludzie z sąsiedniego państwa, z którym elfy podobno prowadzą wojnę. Jak potoczą się losy królestw i gdzie, do kurtyzany biedy, podział się iknwizycyjny kufer złota?!

Status
Ongoing
Chapters
3
Rating
n/a
Age Rating
16+

Orszak z Vorgel

Kolumna czternastu ciężkozbrojnych konnych przemierzała lasy graniczne Lunoru, krainy należącej – jak mawiają złośliwi „przez zasiedzenie” – do leśnych elfów Helvetii. Na przedzie orszaku wraz ze swoim uczniem jechał inkwizytor Sylvan o włosach przyprószonych już siwizną. Pozostały tuzin rycerzy miał jedno zadanie – eskorta sędziego i jego wychowanka do południowo-wschodniej placówki, gdzie czekało na nich jakieś zadanie. Jak zwykle żadne szczegóły nie zostały wyjawione oddziałowi i w zasadzie większość była zadowolona z takiego układu. Gdyby wiedzieli, że – jak ostatnio – mieli zmagać się z upiorem mszczącym się za śmierć swej lubej, niewątpliwie nie podjęliby się zadania. A misja powiodła się, padło jedynie troje ludzi, z czego dwóch bez mała miesiąc wcześniej dołączyło do kompanii. Złoto w mieszku brzęczało, upiór straszył gdzie indziej, wszyscy byli szczęśliwi. Żołd wypłacany ochotnikom na misje o podwyższonym ryzyku zawodowym był satysfakcjonujący. Pozostawała tylko kwestia przeżywalności. Ufali pod tym względem Sylvanowi, bo dbał o swój oddział. Układ był dobry.

Dwa dni temu o świcie opuścili Vorgel, a następnego dnia mieli dotrzeć do szlaku prowadzącego w głąb dziczy Lunoru i ciągnącego się aż po przełęcze gór południowych. Młody inkwizytor wiercił się w siodle, nerwowo rozglądał dookoła, wypatrując zasadzki i co chwilę poprawiał klamry uzbrojenia. Sylvan, choć nie wątpił w niebezpieczeństwa czyhające wśród gęstwin elfich terenów, nie spodziewał się żadnego o tej porze roku. Wiosną Helvetii zazwyczaj nie sprawiali żadnych kłopotów – najpewniej zajmując się zbieraniem młodych pędów roślin, trzepiąc dywany ze swych namiotów, czy może… a gangrena ich tam wie, co oni właściwie robią na wiosnę. Najważniejsze, że nie urządzają zasadzek na przejezdnych. Zwłaszcza że inkwizytor i jego świta nie wieźli żadnych towarów, a jedynie czternaście par rąk zdolnych do bitki, a co gorsza, chętnych.

— Mistrzu? — rzekł ostrzegawczo uczeń, po czym skinął głową, wskazując samotną postać skuloną na środku drogi, zaraz za zakrętem. Sylvan zmrużył oczy, wytężając wzrok. Grymas niezadowolenia, a może rozczarowania, przeciął jego wiekową twarz. Mruknął coś pod nosem, po czym energicznie pokręcił głową, dając uczniowi znak, że nie wyczuwa zagrożenia magicznego. To jedynie krnąbrny charakter jakiegoś pijaka, który nie był łaskaw zejść z drogi, by uchronić się przed stratowaniem. Kawalkada, nie zwalniając tempa, zbliżyła się do obcego, który błyskawicznie wstał na równe nogi. Dopiero wówczas stary inkwizytor zaniepokoił się i podniósł dłoń zaciśniętą w pięść, dając znak do zatrzymania się. Doświadczenie przeczuwało zagrożenie, mimo że zmysły nie wykrywały żadnego.

Nieznajomy odwrócił się w ich stronę, lecz spod skrywającego całą twarz kaptura nie sposób było dojrzeć ani rasy, ani płci postaci. Następne co zobaczyli, to czarny dym wydobywający się jakby z całego ciała i ubrań istoty. Potem był już tylko ból. Szczęk łamanego metalu. Okrzyki przerażenia ludzi, rżenie koni przecinanych na pół, stłumione odgłosy pękających kości. Ostatnie dźwięki należały do upadających ciał. Atak trwał krócej niż mrugnięcie. Czarna chmura, przetoczywszy się przez środek orszaku, doganiała właśnie postać stojącą już z drugiej strony rzezi. Zapach krwi i aura strachu unosiły się jeszcze przez kilka chwil po tym, jak zwiastun śmierci rozpłynął się w czarnym obłoku.