Prolog [pierwsza wersja]
Klęczała pod niebem rozświetlanym jedynie przez gwiazdy. Księżyce schowały się za szarymi, ciężkimi chmurami.
Ręce miała spowite w niemalże złocistej, żółtawej krwi. Strużki powolnie spływały z jej żółto-czarnych dłoni poprzecinanych dziwnym, świecącym na czerwono ostrzem.
Zamknęła oczy w bólu. Dwóch palców lewej ręki zapewne już nie użyje, ale jeżeli znajdzie coś do odkażenia palących ran, być może uda się uniknąć ich amputacji.
Skałotrawa w kolorze różu wbijała jej się nieprzyjemnie w kolana, łydki i stopy, tworząc kolejne zadrapania. Nie mogła jednak ustać, była zbyt wyczerpana po próbie użycia Mocy.
Wiatr rozwiewał jej falowane, brązowe włosy, które wpadały jej do załzawionych oczu.
Już nigdy nie użyję Mocy, pomyślała. Nie po tym, do czego to doprowadziło.