Chapter 3.
Rozdział 3
Zwykle przed szkołą budzę się o 5:20, bo według mojej mamy muszę wstawać wcześnie, żeby być najlepszą w klasie. Dzisiaj wstałam o 8:00, myśląc, że jest jak zawsze. Z trudem zwlekłam się z łóżka, przebrałam i zeszłam po schodach, żeby przygotować sobie śniadanie. Spojrzałam na zegar na ścianie i uniosłam brew.
Dlaczego na zegarze jest ósma? — pomyślałam.
Na zegarze była ósma! Zaczynam szkołę o 8:20! Ale jestem głupia!
Biegłam jak szalona do szkoły. Wpadłam przez drzwi wejściowe do szatni, niedbale zmieniłam buty. Coś chyba wypadło mi z plecaka, ale nie miałam czasu tego podnosić. Wbiegłam do klasy — wszyscy siedzieli już na miejscach. W momencie, w którym otworzyłam te cholerne drzwi, cała klasa razem z nauczycielką od chemii spojrzała na mnie.
— Przepraszam za spóźnienie. Zaspałam — powiedziałam i usiadłam w pierwszej ławce.
— Nigdy jeszcze nie spóźniłaś się na lekcję — powiedziała nauczycielka z lekkim zmartwieniem.
— Budzik mnie nie obudził.
To chyba nie była dobra wymówka, ale zadziałało.
Po czterdziestu pięciu minutach lekcja nareszcie się skończyła. Razem z dźwiękiem dzwonka klasa wybiegła na korytarz. Wydawało mi się, że zostałam sama w klasie, pakując książki do chemii. Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Zobaczyłam go.
Alex stał już spakowany i wpatrywał się we mnie.
Szybko odwróciłam wzrok i wyszłam na przerwę. Usiadłam na podłodze pod klasą, w której mieliśmy mieć następną lekcję. Wyjęłam śniadaniówkę i książkę. Obok mnie usiadł Alex z chipsami z automatu.
— Hej, chciałabyś może gdzieś wyjść? Nie wiem… do jakiejś kawiarni — powiedział trochę niepewnie.
— Jasne. Po szkole mam wolne — odpowiedziałam. W sumie to zawsze mam, pomyślałam.
Przez resztę dnia wyczekiwałam końca lekcji, żeby iść na randkę. Nawet nie wiem, czy mogę to tak nazwać.
Weszłam do domu i zaczęłam się szykować. Nawet się umalowałam, co jest do mnie zupełnie niepodobne. Ubrałam białą sukienkę na ramiączkach i trzy złote naszyjniki. Rozpuściłam włosy, spakowałam do torby tylko najpotrzebniejsze rzeczy i wyszłam na ganek.
— Pięknie wyglądasz — Alex stał już przed domem, ubrany w granatową koszulę i czarne spodnie.
— Ty też — odpowiedziałam. Chyba dobrze, że to powiedziałam… Jezu, nie wiem.
Szliśmy powoli chodnikiem, który doprowadził nas do lodziarni. Widziałam na YouTubie, że wszyscy ją polecają. W środku było pełno kwiatów i pięknych, beżowych foteli.
Pani przy ladzie była bardzo pomocna przy wyborze smaków, co — wbrew pozorom — było trudne. W końcu zdecydowałam się na dwie gałki: słony karmel i wanilię. Alex chyba naprawdę lubi lody, bo wziął trzy: pistację, stracciatellę i Oreo.
Usiedliśmy przy oknie, przez które wpadało popołudniowe słońce.
— Dlaczego zmieniłeś szkołę? — zapytałam nagle.
— Wiesz… tak jakby uciekłem z domu i sam przepisałem się do Hollywood Academy. Pewnie mama nawet mnie nie szuka. Jest zbyt zajęta, żeby zastanawiać się, gdzie jest jej syn.
— Przykro mi. Moja mama pracuje w Nowym Jorku i też nie ma czasu nawet zadzwonić. Rozumiem to.
Naprawdę wiedziałam, co czuje. Byłam w podobnej sytuacji.
Nawet po zjedzeniu lodów jeszcze długo rozmawialiśmy — właściwie o wszystkim. Okazało się, że jesteśmy do siebie bardzo podobni. Ale każde spotkanie kiedyś się kończy.
Wyszliśmy z lodziarni około osiemnastej. Idąc chodnikiem, straciliśmy rachubę czasu — z szóstej zrobiła się ósma. Słońce zaszło i zrobiło się zaskakująco ciemno. Wiem, dwudziesta to nie jest zwykle taka godzina, ale wtedy naprawdę tak to wyglądało.
— Alex, znasz drogę do naszych domów? — poczułam niepokój. Nie lubię być na zewnątrz, kiedy jest ciemno.
— T-tak… chyba.
Brzmiało, jakby nie był pewny.
— Kurde, ale jestem głupia. Mogłam nas przypilnować — mruknęłam pod nosem.
— Okej, okej, sprawdzę w telefonie. Wystarczy wpisać w Google Maps.- powiedział Alex.
— Emma… masz naładowany telefon? — zapytał.
— Tak mam. Ale następnym razem ładuj telefon.
Jakoś wróciliśmy bezpiecznie do domów i poszliśmy spać.