After The Rain

All Rights Reserved ©

Summary

Jej imię oznaczało "zwycięstwo" – ale czuła się przegrana. Była jak zbankrutowany inwestor, który nie może i nie chce postawić ani grosza więcej na rynek uczuć. Wykorzystując ostatnie oszczędności, zbudowała wokół siebie niewidzialną fortecę, która miała chronić ją przed kolejnym rozczarowaniem...

Status
Complete
Chapters
1
Rating
n/a
Age Rating
13+

Chapter 1

Stała przed lustrem, wpatrując się w odbicie, którego jeszcze do niedawna – niemal nie poznawała. Nieudane związki, w których została skrzywdzona, zostawiły po sobie ślad do tego stopnia, że prawdziwa miłość wydawała jej się towarem luksusowym – na który po prostu nie miała już funduszy emocjonalnych.

Jej imię oznaczało "zwycięstwo" – ale czuła się przegrana. Była jak zbankrutowany inwestor, który nie może i nie chce postawić ani grosza więcej na rynek uczuć. Wykorzystując ostatnie oszczędności, zbudowała wokół siebie niewidzialną fortecę, która miała chronić ją przed kolejnym rozczarowaniem.

Forteca była wysoko nad ziemią. Miała solidne ściany, wielkie okna z widokiem na panoramę miasta i ciepły koc, pod którym leżała popijając swoją ulubioną kawę. To był jej bezpieczny azyl – miejsce, gdzie nie docierały wiadomości, które niosły cień flirtu, gdzie mogła tak po prostu – zniknąć w tłumie. Dla niej ludzie byli niczym pszczoły, które nie są w stanie zrozumieć – że całe życie pracują dla pszczelarza. Nie zwracała uwagi na ciszę. Nauczyła się obserwować otoczenie, pozostając jednocześnie – niezauważona.

Każdy przejaw czułości u innych kwitowała cynicznym uśmiechem lub po prostu — ucieczką. Kalendarz wypełniała po brzegi, by nie mieć czasu na myślenie o samotności. W jej głowie zdrowy związek był mitem, równie nierealnym jak jednorożce czy bezstresowe życie. Utworzyła przewidywalny schemat, w którym się poruszała. Był to algorytm, który umożliwiał jej przewidywanie przyszłych zachowań i zdarzeń. Zapewniał: spokój, bezpieczeństwo i wysoki poziom organizacji.

Gdy tylko niebo nad miastem przybrało barwę brudnego sińca, sięgała po swój czarny płaszcz. Był ciężki. Kiedy go wkładała, czuła się, jakby przywdziewała zbroję. Czerń nie była dla niej kolorem smutku; była kolorem niewidzialności. W tym płaszczu nikt nie mógł dostać się do jej serca. Do ręki brała przezroczysty parasol — tylko dzięki niemu przestawała drżeć. Był jej bronią i tarczą, prywatną kopułą i barierą, która wyznaczała wyraźną granicę między nią a resztą świata.

Nie potrzebowała go tylko po to, by nie zmoknąć – ona nie bała się deszczu. Dla niej deszcz był jedną z uczciwych rzeczy na świecie. Nie udawał słońca. Był zimny, przewidywalny i powtarzalny. Chwilowa niedogodność – ale nie problem.

Wychodziła na zewnątrz gdy niebo pękało. Krople uderzały o bruk z wściekłością, a woda płynęła rynsztokami, zabierając ze sobą kurz, który jeszcze nie opadł. Szła pewnym krokiem, mocno zaciskając dłoń na rękojeści parasola. Widziała pary tańczące w deszczu i śmiejące się mimo przemoczonych ubrań. Patrzyła na nich z bezpiecznego dystansu. „Głupcy” – pomyślała. – „Wystawiają się na ulewę, wierząc, że przemoknięcie do suchej nitki jest romantyczne. Nie wiedzą, że po deszczu – zawsze przychodzi chłód”.

Na rogu ulicy, tuż przy wejściu do parku, wiatr nagle przybrał na sile. Potężny podmuch targnął jej parasolem, wyrywając go z jej dłoni. Wtedy się odwróciła i zauważyła postać. To był mężczyzna. Szedł w przeciwnym kierunku, zupełnie bezbronny wobec ulewy. Nie miał płaszcza, nie miał parasola. Był przemoczony tak bardzo, że koszula kleiła mu się do pleców. Ale nie uciekał. Patrzył w niebo z dziwnym spokojem, jakby przyjmował każdą kroplę jako dar, a nie karę. Jego wędrówkę przerwał porwany wcześniej przez wiatr – parasol, wylądował tuż pod jego nogami.

To go zaskoczyło. Podniósł go i powoli odwrócił się za siebie. Zobaczył wtedy kobiecą postać — domyślił się, że to właśnie do niej należy, porwana przez wiatr "zguba". Zbliżył się spokojnym krokiem. Dopiero teraz mógł w pełni zobaczyć jej twarz.

Oddaję — powiedział krótko, nie narzucając się, ale trzymając parasol wystarczająco długo, by mogła go swobodnie przejąć.

Dzięki — mruknęła, wzięła parasol z powrotem do ręki, a na jej twarzy pojawił się delikatny uśmiech.

Przez ułamek sekundy ich oczy się spotkały. To było miłe, ale i przerażające – poczuła panikę. Jej wewnętrzny system alarmowy zawył. To było to uczucie. Ryzyko. Bliskość. Stres.

Wyglądasz teraz tak, jakbyś trzymała w ręku cały świat — powiedział cicho, wciąż utrzymując kontakt wzrokowy.

Jej palce zacisnęły się mocniej na rękojeści parasola.

Czasem warto go na chwilę upuścić na ziemię — dodał, z pewnym siebie uśmiechem.

Po raz pierwszy od dawna, zamiast uciec, po prostu skinęła głową i powiedziała:

Może... ale ziemia bywa bardzo twarda — po czym spokojnie odeszła w swoim kierunku.

Dopiero gdy dotarła do domu i zamknęła za sobą drzwi — poczuła, jak w jej fortecy pojawia się pierwsza, mikroskopijna rysa. Usiadła na podłodze, wciąż w zapiętym płaszczu. Parasol odłożyła na bok. Słuchała deszczu bębniącego o szyby i zrozumiała, że schemat, w którym do tej pory się poruszała — przestał nagle istnieć. Dotarła do niej bolesna prawda. Czarny płaszcz i parasol spełniły swoje zadanie idealnie – ochroniły ją przed burzą, ale przy okazji odcięły ją od powietrza. W jej azylu nadal było bezpiecznie. Ale zrobiło się chłodno i przerażająco — cicho.