Chapter 1
Stała przed lustrem, wpatrując się w odbicie, którego nie widziała od lat. Nieudane związki, w których została skrzywdzona, stały się już historią. Prawdziwa miłość nadal wydawała jej się towarem luksusowym, ale już nie z powodu braku funduszy emocjonalnych, a z powodu małej dostępności na rynku. Była jak początkujący inwestor, który nie posiada zbyt wielu środków i chce mieć pewność, że dokonuje właściwej i pewnej inwestycji.
Miała wciąż swoją fortecę, tę wysoko nad ziemią, choć jej ściany nie były już takie solidne. Uchyliła w niej okna, aby mogło wpaść świeże powietrze. Zaczęły docierać wiadomości, ale nie reagowała na cień flirtu. Przestała znikać w tłumie – stała się jego częścią. Ludzie byli dla niej inspiracją, a każdy przejaw życzliwości u innych kwitowała po prostu – uśmiechem. Nauczyła się być zauważaną i docenianą.
Kalendarz był wypełniony po brzegi, ale znajdowała czas dla siebie i na kawę w ulubionej kawiarni, do której chodziła w przerwie od pracy. Bezstresowe życie i jednorożce trzymała na półce z mitami, obok zdrowego związku. Wyszła poza schemat. Zaczęła myśleć i działać w sposób niekonwencjonalny, kreatywny i nieszablonowy. Przełamała utarte wcześniej wzorce, które i tak przestały już działać. Wyglądało to tak, jakby wszystko wróciło do normy. Ale było jednak coś, co zakłócało jej spokój.
Mikroskopijna rysa, która jakiś czas temu pojawiła się w jej fortecy, z dnia na dzień stawała się coraz większa i powodowała coraz większe uszkodzenia. Obraz nieznajomego z parku mężczyzny, wracał do niej we snach, myślach i przy porannej kawie. Każdy łyk gorącego napoju, zapach wilgotnej ziemi po deszczu, zdawał się przywoływać wspomnienie z nieznajomym, który zdołał naruszyć jej mur i na ułamek sekundy, stał się jedynym, stałym punktem w jej rozmazanym świecie.
Choć nadal odczuwała strach i niepewność, to w głębi duszy czuła, że ta historia nie może skończyć się na jednym spojrzeniu i krótkiej wymianie zdań. Złapała się na tym, że coraz częściej szuka go wzrokiem w tłumie, gdy tylko wychodzi z domu. Każda koszula w podobnym kolorze, każdy głos w podobnym tonie i każdy podobny profil twarzy – wszystko to sprawiało, że jej serce na moment przyspieszało, by po chwili zwolnić z rozczarowaniem.
„Nieznajomy z parku” stał się obietnicą czegoś wyjątkowego, której nie chciała pozwolić wygasnąć. Choć trwało to chwilę, to dzięki niemu uświadomiła sobie, że wszystko wygląda inaczej niż do tej pory. Nie czuła presji, nie czuła stresu – czuła spokój, chciała czuć więcej. Zaczęła pracować nad sobą i dokonywać pozytywnych zmian w sobie, jakby przygotowywała się właśnie na niego – nawet jeśli on, miałby już nigdy nie pojawić się w jej życiu.
Zmieniła swoje przyzwyczajenia. Zamiast iść do pracy krótszą drogą, wybierała teraz tę prowadzącą przez parkową alejkę, gdzie widziała go po raz pierwszy. W przerwach od pracy zamieniła stolik w kawiarni na ławkę w parku.
Każdego dnia wracała w to samo miejsce, o różnych porach. Była zdeterminowana, próbowała wielu sposobów. To ponowne spotkanie stało się jej celem, ale tak naprawdę nie umiała do końca wytłumaczyć, dlaczego tak się działo. Choć szanse malały, to napędzała ją nadzieja, która jednak z czasem zaczęła stopniowo umierać. Poszukiwania „nieznajomego z parku” nie przyniosły rezultatów a wszystko co do tej pory zrobiła, zmieniła – okazało się nie mieć już znaczenia.
Kolejne dni były nudne, monotonne i duszne. Niebo nad miastem było tylko lekko zachmurzone, nie spadła ani jedna kropla deszczu. Wychodząc z domu, nadal sięgała po płaszcz. Kiedyś przywdziewała go jak zbroję, ale teraz zamiast szczelnie go zapinać, zarzuciła go tylko na ramiona. W kierunku parasola jedynie spoglądała, nie brała go już ze sobą. Stał on w stojaku na parasole, który stał w przedpokoju.
Pewnego dnia było wyjątkowo duszno i cicho. Będąc w pracy, nie mogła się na niej skupić. Wyglądała przez okno. Niebo nad miastem było zachmurzone, ale nie padało. Postanowiła zrobić to ostatni raz – pójść do parku, aby mieć pewność – że to bez sensu. Nie miała ze sobą parasola. Miała na sobie ten czarny płaszcz, który nawet nie był zapięty, a zarzucony jedynie na ramiona. Po drodze wstąpiła do biblioteki. Wybrała losową książkę, ignorując jej tytuł, następnie ją wypożyczyła. Ta książka miała być jedynie formą kamuflażu, nie chodziło o to aby ją czytać.
Gdy dotarła do parku, usiadła na ławce i udawała że czyta. W rzeczywistości jej oczy skanowały horyzont w resztkach nadziei na powtórkę tamtego spotkania. Myślała o tym, jak by się zachowała, gdyby rzeczywiście go zobaczyła. Co by mu powiedziała? Czy byłoby to zwykłe “Hej!“? Czy zaczęłaby od błahego pytania o godzinę?
Nagle zrobiło się chłodno, wiatr przybrał na sile, nadzieja umarła.— Pora wracać – powiedziała zawiedzionym głosem.
Podniosła się z ławki i ruszyła przed siebie. Wtedy poczuła pierwszą kroplę na czole, potem drugą na dłoni, po chwili padało już mocniej. Spojrzała w górę, na niebo, mogłaby uciec przed deszczem, ale się zatrzymała i wtedy usłyszała ten znajomy głos.
— “Dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu”, Mały Książę — powiedział nieznajomy.
Był to tytuł książki, którą trzymała w ręku. Odwróciła się za siebie. Była bezbronna wobec deszczu, bez swojego parasola. Widok mężczyzny wywołał na jej twarzy natychmiastowy uśmiech, tym samym dając mu znać, że go rozpoznała. Mężczyzna szedł powolnym krokiem w jej stronę.
— Ten cytat podkreśla, że prawdziwa wartość drugiego człowieka nie tkwi w jego wyglądzie ani statusie – powiedział, pewnie i spokojnie. – Jeśli więc chcemy naprawdę kogoś lub coś poznać, musimy przestać skupiać się na pozorach – dodał uśmiechając się, nie jak podrywacz, ale jak ktoś, kto właśnie odnalazł brakujący element układanki.
Spojrzała krótko na książkę, którą trzymała w dłoni:
— Wiesz, zawsze myślałam, że to książka dla dzieci – powiedziała, następnie wróciła wzrokiem w jego kierunku, jednocześnie utrzymując na twarzy delikatny uśmiech.
Przez chwilę patrzyli na siebie, a otaczająca ich słota nie miała znaczenia, stała się tylko rozmytym tłem. Nie potrzebowali słów; ten krótki moment zawieszenia wystarczył, by oboje zrozumieli, że przypadkowe spotkanie właśnie przestało być przypadkowe.
Mężczyzna wyciągnął dłoń.
— Jestem Alex.
Dziewczyna nie zwlekając ani chwili dłużej, położyła swoją dłoń w jego dłoni.
— Victoria — odpowiedziała.
Jego skóra była chłodna od deszczu, ale uścisk był pewny i ciepły. Nie puścili swoich dłoni od razu. Trzymali je ułamek sekundy za długo, by można to było uznać za zwykłe powitanie. Oboje tak stali w samym środku ulewy, przemoczeni do suchej nitki. Jej włosy lepiły się do twarzy, a chłód przenikał nawet przez płaszcz. Drżała z zimna, ale w tym drżeniu poczuła coś niesamowitego – poczuła, że żyje.
Alex odruchowo naciągnął kaptur na głowę i spojrzał na Victorię z troską.
— Nie masz parasola?
— Nie – odpowiedziała krótko — ale znam pewne miejsce, w którym możemy przeczekać burzę.
Nie zwlekając dłużej, ruszyli w stronę jej ulubionej kawiarni. Szli przez miasto, moknąc z każdą minutą. Woda spływała im po policzkach, mieszając się ze śmiechem. Kiedy dotarli do kawiarni, zajęli mały stolik w głębi sali. Był oświetlony jedynie ciepłym blaskiem wiszącej nisko lampy. Victoria zdjęła swój płaszcz i powiesiła go na krześle. Poczuła się bezbronna, ale w tej bezbronności była niezwykła siła. Wciąż czuła na dłoniach chłód deszczu, ale obecność Alexa sprawiała, że w środku rozlewało się przyjemne ciepło.
— To dziwne — zaczął Alex, mieszając powoli kawę. — Spotkać kogoś raz i czuć, że powrót do tego spotkania jest najważniejszym punktem w kalendarzu. Jakby brakowało mi fragmentu obrazu, który dopiero teraz widzę w całości.
Victoria uśmiechnęła się w odpowiedzi. Wiedziała, że jutro poranna kawa będzie smakować zupełnie inaczej – bo obraz z jej snów nabrał kolorów, zapachu i ciepła. Nie była już tylko obserwatorką wspomnienia; stała się częścią rzeczywistości, na którą tak długo czekała. Ich dalsza rozmowa, była interesująca, wciągająca wydawała się nie mieć końca. Victoria czuła się w pełni swobodnie, nie czuła stresu ani presji.
Alex nie udawał kogoś, kim nie jest. Był autentyczny. Słuchał. Nie czekał na swoją kolej ani nie zanudzał. Ta cała niepewność i tygodnie wyczekiwania przestały mieć znaczenie. Victoria mogła wreszcie przestać polegać na wyobraźni i zacząć dostrzegać fakty. Oczy Alexa nie były po prostu ciemne – miały barwę mocnej herbaty i bił z nich spokój, który tak bardzo ją intrygował. Zauważyła, jak obejmuje dłońmi ciepły kubek, i pomyślała, że te ręce wyglądają na takie, które potrafią naprawiać zepsute rzeczy i pewnie trzymać stery. Uśmiech nie był wyćwiczony, pojawiał się powoli, najpierw w kącikach oczu, a dopiero potem na ustach.
Gdy nadszedł koniec deszczowej aury, a przez okna kawiarni zaczęły docierać promienie zachodu słońca, oboje poczuli, że to pierwsze spotkanie dobiega końca – nie z braku tematów do rozmowy, ale z nadmiaru emocji, które potrzebowały chwili, by osiąść w ich sercach. Wstali od stolika, niemal jednocześnie, jakby żadne z nich nie chciało być tym pierwszym, które przerwie tę magiczną nić porozumienia. Dźwięk odsuwanych krzeseł wydał się w tej intymnej atmosferze nienaturalnie głośny.
Po wyjściu z kawiarni, Alex zaproponował Victorii, że odprowadzi ją do domu. Zgodziła się a następnie ruszyli przed siebie niespiesznym krokiem. Szli ramię w ramię, nienaturalnie blisko, starając się maksymalnie skrócić dystans. Każdy krok zbliżał ich do jej domu, ale jednocześnie – co czuli oboje – coraz bardziej zbliżał ich do siebie. Gdy dotarli pod jej drzwi, zapadła ta charakterystyczna, „głośna” cisza. Czas dla nich zdawał się płynąć w zupełnie innym rytmie.
Zanim odeszli w swoje strony, patrzyli na siebie z uśmiechem, który mówił więcej niż ostatnie trzy godziny rozmowy. Alex patrzył w oczy Victorii, nie pozwalając, by choć na sekundę uciekła wzrokiem. W tym spojrzeniu była obietnica, że to nie jest tylko jednorazowe, przypadkowe spotkanie. Delikatnie odgarnął zbłąkany kosmyk włosów z jej czoła, a ona nieświadomie przechyliła głowę w stronę jego dłoni.
— Naprawdę nie chcę, żeby ten wieczór już się kończył —powiedziała cicho, niemal szeptem.
Odpowiedzią był tylko głęboki oddech i błysk w oczach Alexa, który potwierdzał: ja też.
Zamiast zwykłego „cześć”, nastąpił długi, ciepły uścisk. Taki, w którym czuć bicie serca drugiej osoby.
— Wiesz, nie mogąc Cię znaleźć, przez ten cały czas najbardziej bałem się jednego. Że już Cię nie spotkam. A nawet jeśli w końcu spotkam, okażesz się tylko moim wyobrażeniem.
Victoria uśmiechnęła się, czując, że ciężar, który nosiła od tygodni, nagle zniknął. Podeszła do swoich drzwi, położyła rękę na klamce i odwróciła się jeszcze na moment w stronę Alexa.
— W takim razie pozwólmy tej wyobraźni, przestać wykonywać dalszą pracę — odpowiedziała, dając mu do zrozumienia, że to nie koniec – to kropka postawiana po długim wstępie, która właśnie zamknęła rozdział bycia nieznajomymi. Wtedy oboje poczuli, że właśnie zaczęli pisać zupełnie nową, wspólną historię.
Dopiero gdy weszła do domu i zamknęła za sobą drzwi – poczuła, jak jej niewidzialna forteca – mur, który przed sobą postawiła, ulega całkowitemu zniszczeniu. Spojrzała na parasol i zrozumiała, że poznawanie kogoś bez „parasola” nie gwarantuje, że nie zostanie się zranionym. Gwarantuje jednak coś znacznie cenniejszego – że jeśli ta relacja przetrwa, będzie oparta na prawdzie, a nie na strachu. Czuła spokój, który płynął z faktu, że przestała uciekać przed samą sobą. Teraz już ma kogoś, kto będzie trzymał ją za rękę gdy będzie padał deszcz – i po deszczu, gdy będą razem schnąć.
Zdjęła też płaszcz. Już go nie potrzebowała, by czuć się bezpiecznie. Ten „Nieznajomy z parku” który zdołał rozbić jej mur – uświadomił jej, że po deszczu zawsze wychodzi słońce.