1.
Kiedy nasza matka umierała nie zrobiliśmy nic, aby jej pomóc.
Najwyraźniej.
Była otyłą kobietą po czterdziestce, palącą, nadużywającą alkoholu, z nadciśnieniem, niewyrównaną cukrzycą – i prawdopodobnie wszystkimi innymi chorobami cywilizacyjnymi, jakie dało się zdobyć – nie było więc zaskoczeniem, że dostała ataku serca.
Wracaliśmy właśnie ze sklepu do domu, od dłuższego czasu narzekała na kłucie w piersi, ale nie było to nic, czego nie doświadczała niemal codziennie – i czego niemal codziennie nie ignorowała – ale dopiero gdy z torbami przechodziliśmy przez ścieżkę do naszego bloku, ból nasilił się. Zostawiła torby na ziemi i opadła na ławkę, dysząc. Obserwowaliśmy, jak jej twarz zmienia wygląd, jak nagle pojawia się panika w jej oczach. Wtedy najwyraźniej zorientowała się, że ten konkretny ból zwiastuje śmierć. Wyciągnęła rękę w stronę swojej torebki, którą nieśliśmy na ramieniu.
– Tele…fon… – wydyszała, nim upadła na ziemię.
Posłusznie wyjęliśmy telefon z torby i włożyliśmy jej do ręki.
– Kare…t… – były jej ostatnimi słowami przed zupełną utratą przytomności.
…
Matka była okropnym człowiekiem. Ale nie mogliśmy tego wiedzieć. Bo uświadomienie sobie tego byłoby niebezpieczne. Robiliśmy wszystko, by dalej się nami opiekowała, by nie opuściła nas. Nauczyliśmy się słuchać i wykonywać każde polecenie, i znikać jej z oczu, gdy tylko było to możliwe. Kto wie, być może i w tamtym momencie strasznie baliśmy zrobić coś niezgodnego z jej poleceniem; być może nie rozumieliśmy, że umiera; być może wydawało się nam, że gdy zaczniemy wołać innych o pomoc, ona wstanie i ukarze nas za zwracanie na siebie uwagi.
Być może nie chcieliśmy, by to przeżyła.
…
Matka była narcystyczną kobietą, gotową, by wykorzystać wszystkich, by poczuć się lepiej.
Często gdy była na nas zła powtarzała nam, że powinna była z nami zrobić jak z wszystkimi wcześniejszymi. Wtedy nie rozumieliśmy, o co jej chodzi. Po latach zrozumieliśmy, że nie byliśmy jej pierwszą wpadką. Byliśmy jednak pierwszą, którą zdecydowała się zatrzymać. Gdybym miał zgadywać czemu, nigdy nie powiedziałbym, że to dlatego, że obudziły się w niej instynkty macierzyńskie. Raczej chciała zatrzymać przy sobie swojego chłopaka, mojego ojca. Wepchnęła się do jego mieszkania – mieszkania, w którym żyliśmy przez pierwsze kilka lat życia – i zmusiła do pozostania przy niej. Gdy ojciec ostatecznie odszedł było już trochę za późno na aborcję.
Czasami się zastanawiałem, czemu przez te wszystkie lata nikt nie dowiedział się o naszym cierpieniu. Teoretycznie powinni się nami interesować osoby medyczne – lekarze, pielęgniarki, położne – czemu nikt z nich nie zauważył? Czemu nikt z nas nic nie powiedział?
Podejrzewam, że od samego początku ciąży zdolności matki do ujmowania serc nieznajomych, zyskały jej przychylność wszystkich wokół. Często obserwowaliśmy jak bezpiecznie robiło się w domu, gdy tylko ktoś wchodził, obserwowaliśmy jej uśmiech i uprzejmość, której nigdy nie wyrażała w stosunku do nas. Być może też ze względu na ten uśmiech nikt z nas nigdy nic nie powiedział. Być może głęboko w nas zakorzeniło się poczucie, że przyjemna twarz nic nie znaczy. Że gdy ktoś obcy mówił, że możemy mu zaufać, nie miało to absolutnie żadnego znaczenia. Nie mieliśmy w naszym życiu żadnego dorosłego, któremu moglibyśmy zaufać.
Matka nigdy nie posłała nas do przedszkola. Gdy mieliśmy 6 lat zmuszona była zapisać nas do jakiejś placówki, więc wybrała małą, brzydką i łatwo dostępną podstawówkę w naszej równie brzydkiej okolicy, z równie brzydkimi ludźmi w środku. Z ludźmi, którzy nie powinni byli opiekować się dziećmi, ale ze względu na niedobór kadry i tak zostali zatrudnieni. Nawet te panie, które potrafiły być trochę milsze, nie potrafiły nas zrozumieć. Jakaś dobra dusza kiedyś zasugerowała pewnie matce, że to może być autyzm, a ta zaczęła używać tego jako wyjaśnienia naszego zachowania… i nikt nie wnikał głębiej w naszą sytuację.
Nikt nie próbował spojrzeć na nasz świat. Wszyscy patrzyli, ale nikt nie zwracał uwagi.
I tak pewnie prześlizgnęliśmy się przez wszystkie zabezpieczenia, które miały uratować nas przed tym, co się wydarzyło.
Ale to wszystko zostawiło swój ślad.
I gdy matka dusiła się na ziemi, nie zrobiliśmy nic.
Aż ktoś nie podbiegł.
„Jestem lekarzem, już wszystko w porządku”, krzyknął kobiecy głos.
Nic nie było w porządku.
Nasz umysł wypełniła jeszcze większa mgła.
Siedzieliśmy w szpitalu, wpatrując się w białą ścianę. Postacie przechodziły w tę i z powrotem, nikt nie zwracał na nas uwagi. Szepty unosiły się ponad nami. A czas nie istniał.
Aż ktoś nie usiadł obok nas. Kobiecy głos przedstawił się. Jednokolorowy strój zdawał się potwierdzać pozycję tego głosu. Znów ktoś próbował nas pocieszyć. Przynieść nam dobre wieści. Zawiadomić, że już nie musimy się przejmować, bo wszystko jest pod kontrolą i naszej matce nic nie będzie.
Ból ścisnął naszą pierś. Chyba przez ten cały czas mieliśmy skrytą nadzieję, że będzie inaczej. Że coś się zmieni.
Ale się nie zmieniło.
Było dokładnie tak jak zawsze.
Dokładnie to, czego można było się spodziewać.
Więc czemu byłem tak zawiedziony? Czemu czułem, że moja nadzieja zgasła? Czy nie powinniśmy już teraz nie mieć żadnej nadziei?
Musieliśmy wyglądać okropnie w tym momencie, bo głos obok wydawał się poruszony. Pytał czy wszystko w porządku i wołał nas, i każdy raz sprawiał nam tylko coraz większy ból. Głos prosił, byśmy powiedzieli, co się dzieje.
Powiedzieć co się dzieje?
Czy po tym wszystkim jest choć cień rozsądku w wierze, że ktoś chciałby słuchać?
Głos nie przestawał, mimo naszej upartej ciszy.
Inne buty podeszły pod w pole naszego widzenia.
Kobiecy głos i wielkie buty zaczęły ze sobą rozmawiać.
Buty chciały wiedzieć o co chodzi.
Kobiecy głos wyraził swój niepokój o nasz stan.
– Kojarzysz tę kobietę z zawałem, którą niedawno przyjęliśmy? Mam podejrzenie, że znęca się nad swoją córką.
Znęca?
Słowo, którego szukaliśmy całe życie, ale nie wolno nam było znać.
Znęcać?
Nikt się nie znęca…
Nagły smutek przebił się przez mgłę, która zwykle wypełniała nasz umysł.
Zaczęliśmy płakać. I płakaliśmy długo. Tak mocno, że wydawało nam się, że nie przeżyjemy tego płaczu.
Z czasem jednak płacz zaczął poddawać się zmęczeniu i na przemian smutek targał naszą piersią, to znów usypialiśmy na kilka sekund, aż w końcu, bezwiednie wtuleni w objęcia tamtego głosu omdleliśmy z wycieńczenia.








