Rozdział 1.
Zajęło nam dużo czasu zanim zrozumieliśmy, że nie jesteśmy jedną osobą. Na początku myśleliśmy, że mamy afektywne zaburzenie dwubiegunowe z wybitnie niewielkimi epizodami maniakalnymi. Często bywaliśmy zmęczeni, płaczliwi, to znów bywało lepiej a może nawet byliśmy dziecinnie euforyczni. Jedyne czego brakowało, by taka diagnoza miała sens to to, byśmy podczas tych chwil, kiedy byliśmy dziecinnie szczęśliwi, dokonywali impulsywnych, irracjonalnych wyborów. Jedynym zachowaniem, które byłoby najbliższe zachowaniu, które można by włączyć do kategorii maniakalnego było to, że gdy nie czuliśmy się źle, mieliśmy więcej siły na naukę, więc też więcej czasu spędzaliśmy przed książkami. Nie były to jednak kilkunastogodzinne sesje ciągłej pracy – co sugerowało, że to zachowanie nie było objawem nawet w bardzo małej manii. Jeśli jednak nie to… nie potrafiliśmy dojść do wniosku czemu potrafimy czuć się aż tak odmiennie, reagując na podobne bodźce. Długo nie potrafiliśmy przypuścić, że może coś wydarzyło się bardzo wcześnie w naszym rozwoju i że nigdy nie staliśmy się jedną osobą, jak wydawało się wszystkim.
Czas spędzony w Internecie bardzo nam pomógł. To na YouTube’ie wyświetlił nam się film zawierający relację z przeżyć jednego z systemów. I spośród wszystkich filmików, których zajawki pojawiały się na naszym ekranie, zdecydowaliśmy się poświęcić poznaniu kontentu właśnie tego kanału. Niedługo pochłanialiśmy jeden filmik za drugim, aż nie poczuliśmy, że już rozumiemy najważniejsze kwestie, które ten System chciał przybliżyć widzom. Z początku wydawało nam się, że jesteśmy zwyczajnie zaciekawieni i że chcemy wiedzieć, jak lepiej rozumieć i wspierać inne systemy, dopiero po kilku miesiącach którejś nocy odważyliśmy się podważyć to wyjaśnienie i przypuścić, że obejrzeliśmy te filmiki dla siebie.
Baliśmy się dopuścić do siebie te myśl, bo całe życie uczeni byliśmy, że nie należy się samodiagnozować, że to co uważasz na swój temat, to, co według ciebie jest prawdą o tobie, jest warte kpin, dopóki nie zdobędziesz empirycznego dowodu. Może z powodu tego przeświadczenia miałam tak wielki problem z akceptacją osób, które uważają siebie za transseksualne. Byłam absolutnie przekonana, że gdyby ktoś reprezentował książkowy przykład dysforii płciowej nie miałabym żadnego problemu z korzystaniem z preferowanych zaimków, nawet jeśli byłyby niezgodne z płcią sugerowaną przez wygląd. W końcu ci ludzie najzwyczajniej w świecie urodzili się z mózgiem nie pasującym do płci, co post mortem dałoby się udowodnić przez naukową analizę tego narządu. Uzyskalibyśmy empiryczny dowód na to, że ktoś był trans. Moje trudności powodował fakt, że ludzi, których spotykałam nie dało się łatwo i jednoznacznie zdiagnozować. Jedna z tych osób przez całą naszą, dość intymną znajomość wydawała mi się zachowywać w sposób zgodny z przypisaną przy porodzie płcią, pamiętam jak poświęcała dużo czasu by swoim strojem podkreślić atrybuty ciała nieodłącznie związane z tą płcią – a jednak jednego dnia spotykamy się, by odświeżyć znajomość i dostajemy informację, że ta osoba jest trans, ma inne imię, inne zaimki i że teraz wymaga się od nas, byśmy bez większego kwestionowania zmienili nasz sposób mówienia…
Nie zmieniliśmy…
Jeszcze…
Czekamy by dowiedzieć się czy ta decyzja była sposobem na ucieczkę od ciężaru związanego z posiadaniem cech przypisanej płci, czy była manifestacją zachodzących od dawna procesów, które do tej pory ze względu na traumę nie miały głosu.
Być może nie powinniśmy mieć problemu, by od razu zaakceptować, że skoro ta osoba uważa się za osobę innej płci, niż mieliśmy ją do tej pory, jest osobą tej płci, którą płcią się czuje. Długo się zastanawialiśmy czemu zmiana zaimków w mowie sprawia nam taką trudność. Nasza pierwsza teoria była taka, że może nie lubimy zmian… Z każdą chwilą coraz bardziej jednak skłaniam się ku myśli, że nasz świat nigdy nie był światem w którym to, co dla ciebie jest prawdziwe ma prawo być zaakceptowane jako istotne. Być może byłam i nadal jestem rozgoryczona, że gdybym ja powiedziała, że jest nas wielu i że chciałabym by każdy z nas mógł się przedstawić, nie zostałoby mi uwierzone nawet przez najbliższych mi ludzi, nawet przez tych ludzi, którzy oczekują ode mnie akceptacji, podając jako argument jedynie to, że uważają że i identyfikują się jako taka a taka osoba. Oni nigdy by mi nie uwierzyli bez diagnozy, więc czemu oczekują ode mnie przyjęcia czegoś na słowo?
Za wyraz braku szacunku uważa się również moje sugerowanie, że płeć, z która ktoś się identyfikuje może być przejawem traumy. Niemniej jednak analizowanie naszego przypadku skłania mnie ku wnioskowi, że identyfikacja płciowa jest nie tylko zjawiskiem biologicznym, ale też psychologicznym. Jak wspominałam, teoria biologicznej podstawy transpłciowości może opierać się na założeniu, że istnieje „płeć mózgu” i że ta płeć może być niezgodna z „płcią ciała” – cokolwiek to znaczy – że są obszary mózgu, które różnią się dla przykładu wielkością w zależności od hormonów, w jakich konserwował się mózg płodu, bezpośrednio dyktując jaką płcią czuje się osoba. Ciężko mi jednak zastosować tę teorię dla naszego przypadku – bo jakie wielkości miałyby mieć konkretne obszary mózgu jeśli jedno z nas czuję się kobietą, inne mężczyzną? Nie ma możliwości, by mózg tak szybko się zmieniał, nie jestem też przekonana, gdyby udało nam się połączyć w jedną osobę, czy ta osoba miałaby tę samą płeć, którą byśmy mieli, gdybyśmy wychowywali się prawidłowo. Co skłania mnie ku wnioskowi, że to jakie było nasze środowisko, co nauczyliśmy się kojarzyć z płcią naszego ciała wpływa na to jak rozwija się nasze poczucie płci. Nie mam jasnych dowodów, ale spodziewam się, że to, co nauczyliśmy się o byciu kobietą i byciu mężczyzną mogło spowodować, że gdy w ramach procesów, których absolutnie nie potrafimy pojąć dla przykładu Opera powstał jako mężczyzna. Idąc dalej tym tropem można dojść do wniosku, że część osób w trakcie terapii mogłaby zmienić swoje przekonania co do tego, jaką płcią są i nie jest to wniosek, który tak łatwo mi odeprzeć i to pewnie jest jednym z czynników powstrzymującym mnie przed entuzjastyczną zmianą zaimków innych na ich preferowane.
I tak w końcu zaakceptuję nowy sposób mówienia, przestanę się z nimi spierać, bo też i jaki to miałoby sens? To czy mam racjonalne podstawy do wątpliwości, czy po prostu jestem rozgoryczona, że oni żądają prawa do bycia sobą, kiedy ja nie mogę być sobą, nie ma żadnego znaczenia. Nawet jeśli nie zostaniemy przez nich zaakceptowani jako System, ja czy inni, udając mnie, mamy dużo więcej korzyści z udawania, że nie ma w nas goryczy, niż byśmy mieli z walki o sprawiedliwe wymaganie empirycznych dowodów od każdego. Ja im wierzę na słowo, kiedy mówią że są innej płci, oni mi nie wierzą na słowo, kiedy mówię, że jest nas więcej – połykam hipokryzję niczym leki i pozwalam słodkiej sprzeczności nasycać moje rozgoryczone sny… i wszyscy są szczęśliwi.
Dobrze, że przynajmniej ja wierzę sobie, że moje doświadczenia są prawdziwe, że nie wymyślam jakiś bzdur dla atencji, co wcale nie jest takie oczywiste. Potrzebowaliśmy lat praktyki, by pozbyć się tego obrzydliwego nawyku. Kiedyś wątpiliśmy sobie w niemalże każdej kwestii. Kilkanaście razy próbowaliśmy mleka, zanim stwierdziliśmy, że jednak faktycznie smakuje jak lekko zepsute, zamiast wziąć zwolnienie niepotrzebnie wstawaliśmy kilka razy, by upewnić się, że jednak za bardzo nas boli, wracaliśmy do zamkniętych drzwi, bo baliśmy się krzyku, gdyby okazało się, że zamknięte przez nas drzwi są jednak otwarte, sięgaliśmy do kieszeni co kilka kroków, by potwierdzić, że nasze rzeczy nadal tam są, że nie wydawało nam się…
To było męczące.
Części tych nawyków niestety nie udało nam się wyzbyć. Wciąż boimy się coś zgubić, bo słyszymy głos rodziców, jak krzyczą na nas za głupotę.
Niesamowitym było któregoś razu usłyszeć, że nic się nie stało, gdy zrzuciliśmy swój talerz pełen jedzenia w domu naszej znajomej. Pamiętam jak Opera odłączył nas od emocji, by uratować nas przed bólem. Wtedy jeszcze nikt z nas nie wiedział, że to był on, uważaliśmy, że jesteśmy po prostu dojrzewającym dzieckiem, które ma swoje nastroje. Wiedząc kto jest ze mną teraz, patrząc w przeszłość mogę wnioskować kto pojawił się kiedy. Pamiętam obojętność, ciszę, ciężar w głowie, poczucie szybkiego i bezdusznego mijania czasu, bladość i mętność wszystkich wrażeń sensorycznych, pamiętam uczucie, że nie byłam to wtedy ja, która to piszę – nasz Gospodarz. Już po tym mogę być dosyć precyzyjnie odgadnąć, kto pojawiał się kiedy, wszystko potwierdza, że gdy pytam się go, zgadza się ze mną.
Opera zawsze był bardzo dobry w odłączaniu nas od ciała – prawdopodobnie to w odpowiedzi na tę potrzebę powstał. Dzięki niemu możemy jeść nawet gdy mamy nudności przez stres, dzięki niemu nawet gdy rodzice toczyli cichą wojnę mogliśmy udawać, że wszystko było w porządku i uniknąć wmuszania w nas jedzenia pod przykrywką ratowania nas przed anoreksją. Kiedy on jest w ciele większość rzeczy nie ma smaku. I długo myślałam, że nie jest nijak bardziej skomplikowany. Zdziwiłam się, gdy obserwowałam go, gdy przewodził ciałem. Rozwijał się coraz bardziej im dłużej brał udział w naszym życiu. Zaczął pojawiać się nie tylko gdy potrzebowaliśmy odciąć się od rzeczywistości, był nie dlatego że go potrzebowaliśmy, ale dlatego że chciał być aktywną częścią naszego życia. Z jego względu zaczęłam mówić o nas w formie męskoosobowej – kiedy jeszcze nie znałam Opery zbyt dobrze wydawało mi się, że będzie się pojawiał tylko okazjonalnie, jak niektórzy z nas, a że osoby które odgrywały codziennie istotną rolę w podejmowaniu decyzji identyfikowały się jako kobiety, uznałam, że nie ma problemu, by nie brać go pod uwagę. Myliłam się i cieszę się, że jednak jest z nami.
Nauczyło mnie to trochę pokory w moim podejściu do nas – z początku miałam wrażenie, że skoro wszyscy są częścią mnie to znam ich dobrze, a może nawet mogę wypowiadać się w ich imieniu. Gdyby każdy z nas był moją personą, moją maską takie założenie pewnie miałoby sens – fasady gwoli uprzejmości są własnością osoby, które ich używa, mogą przyjmować je i porzucać kiedy im się podoba, mogą zmieniać swój wizerunek w zależności od potrzeb – nie mam takiej swobody. Nie żebym nie potrafiła kłamać i udawać – wymyślanie na bieżąco sensownych historyjek idzie mi beznadziejnie, ale aktorstwo… moja pasja – kiedy moje zachowanie zmienia się, bo ktoś inny przejął ciało, to nie jest zasługa aktorstwa.
Nie zawsze mam wpływ na to kto pojawi się kiedy, często wypowiadanie imienia pomaga, gdy kogoś potrzebuję, ale jest to prośba – już dawno przestałam myśleć o tym jako o kontroli nad zmianą czy rozkazie. Nie potrafię kogoś zmusić, by się pojawił, musi tego chcieć.
I właśnie z tego powodu często martwię się, co by się stało, gdyby ktoś chciał od nas dowodu, że istniejemy. Czy byłabym w stanie wymusić na nas tyle zmian, by każdy się przywitał, czy nie skończyłoby się na tym że sama jedna udawałabym wszystkich? W jeszcze większe zagmatwanie wprawia mnie fakt, że gdy jesteśmy przy ludziach przez większość czasu nie umiem stwierdzić, kto mówi. I męczyło mnie to, że nie mogłam zrozumieć czemu gdy jesteśmy sami wiem kto jest u steru, kto blisko, kogo daleko, a gdy tylko wchodzimy w interakcję z kimś innym jest tak jakby wszystkie barwy połączyły się w jedną brudną farbę.
A potem doszłam do wniosku, że to w sumie ma sens, że zdecydowanie nie miałoby sensu, gdyby nasza psychika wykształciła kilka osobowości zamiast jednej, aby lepiej ukrywać się dla przetrwania w środowisku wymagającym ciągłego dostosowywania taktyki, nie potrafiła ukryć faktu, że ciągle zmienia się kim jesteśmy. Szczególnie to, że szczęśliwie dla nas wszyscy dzielimy te same wspomnienia ułatwia na czas interakcji zamazanie naszych osobowości w jedną papkę, dzięki której nikt się nie domyśli kto jest kiedy. Prawdopodobnie nigdy nie znajdziemy w sobie tyle odwagi, by każdy z nas mógł być sobą przy innych. Zresztą, muszę się zgodzić z niektórymi, to byłoby głupstwo. Już samo to, że to teraz piszemy jest szaleństwem…
A jednak jest jedna osoba przed którą udało nam się otworzyć. Poznaliśmy się w liceum, poszliśmy na te same studia, udało nam się załatwić zamianę z kimś z innej grupy, byśmy mogli mieć razem zajęcia, w ten sposób nasza znajomość ciągnęła się już od kilku lat. Zapewne miał wiele wskazówek, wskazujących na naszą przypadłość, nie spodziewałam się jednak, by cokolwiek podejrzewał. Tak naprawdę nikomu nie udało się nas rozgryźć i gdybyśmy nie pragnęli komuś powiedzieć o nas, nikt nie byłby w stanie natrafić na właściwy trop. Mogliśmy zachować to w sekrecie do trumny, ale jak trudne by to nie było i jak głupie by się nie wydawało, chcieliśmy, aby ktoś nas znał. Więc zaczęliśmy powoli, krok po kroku zachowywać się coraz bardziej indywidualnie, co okazało się zaskakująco trudne. Pamiętam jak przed spotkaniem ja i Opera byliśmy blisko świadomości, Opera chciał się pokazać, a ja go zachęcałam, a jednak gdy zobaczyliśmy naszego przyjaciela, z naszych ust wybrzmiał nasz najbardziej standardowy głos, przypominający mój, ale nie należący do mnie ani do Opery. Za którymś razem jednak udało nam się, by Opera pozostał „przy sterze”, mimo obecności Artura. Nasz głos obniżył się, stał się cichy i spokojny, słowa z naszych ust bogate były w głoskę między „a” a „e”, nie sugerującym jednoznacznie zaimków, pamiętam jak czułam się nieodpowiednio mówiąc kobiecymi zaimkami, pamiętam uczucie, że nasze ciało powinno wyglądać inaczej – i po tym wiedziałam, że się udało.
Trzecią osobą, którą poznał była Lily. Zwykle pojawiała się spontanicznie, gdy natykaliśmy się na coś co bardzo lubiliśmy lub gdy coś bardzo nam się nie podobało. Wiem, że lubi być w ciele i ciężko przegapić kiedy się pojawia – gdy pozwalamy jej robić co chce, często rozkłada nasze ręce i niemalże tańczy przy każdym kroku, jej uwaga przeskakuje od jednej ciekawej rzeczy do drugiej, a jej głos w świecie wewnętrznym jest bardzo wysoki, często sepleni i celowo myli wymowę słów. Patrząc wstecz zrozumiałam, że była z nami od bardzo dawna, choć nigdy jej nie rozumieliśmy. Pamiętam, że czasami gdy bawimy się bardzo dobrze, jakby zapominaliśmy o konsekwencjach i robiliśmy straszne głupoty – nienawidziliśmy tego stanu. Najczęściej było fajnie, dopóty pod wpływem impulsu nie skrzywdziliśmy kogoś lub czegoś nie zniszczyliśmy. Wtedy przeklinaliśmy siebie i obiecywaliśmy, że już nigdy nie poddamy się aż tak szczęśliwości. Potem znów było fajnie, wczuwaliśmy się w atmosferę, traciliśmy zdrowy rozsądek i chwilę później płakaliśmy żałując chwili dobrej zabawy. Najlepsza rzecz jaka wyniknęła z uświadomienia sobie obecności Lily to, że nauczyliśmy się świetnie się bawić, nie doświadczając tego uczucia stania się kimś innym, kogo nie dało się powstrzymać. Teraz wiemy, kiedy Lily się pojawia i łatwiej nam dbać o nasze bezpieczeństwo – teraz zwykle o ile nie jesteśmy sami, ktoś jest razem z nią, by przejąć ciało, gdyby zrobiło się niebezpiecznie, albo by poznawać coś, co ją zainteresuje, podczas gdy ona tylko patrzy – dzięki temu unikamy tragedii, jaka zawsze się dzieje, gdy przez kogoś spadamy z wyżyn ekscytacji na samo dno. Zawsze znosimy to najgorzej, gdy w zwrotnym momencie to ona jest w ciele – nie potrafimy się obronić, wszystkie słowa ranią nas tysiąckrotnie, mamy ochotę złapać się za głowę, schować się w sobie i płakać. Jest najzabawniejszą i najszczęśliwszą z nas wszystkich, ale przez to, że wszystkie emocje przeżywa tak intensywnie, jest też najwrażliwsza z nas wszystkich.
A jednak jest nam potrzebna. Inaczej nie byłoby jej z nami. Dlatego tyle ile możemy staramy się jej pozwolić na jak najwięcej zabawy jak potrafimy, jednocześnie starając się ochronić ją najlepiej jak potrafimy.
Popełnilibyście jednak ten sam błąd co ja, gdybyście pomyśleli, że wszystko kim jest to wesołe dziecko, które powstało, by zapewniać ciału szczęście i rekompensować nam utracone beztroskie dzieciństwo – sama wykrzyczała mi kiedyś, bym przestała traktować ją tak przedmiotowo – wtedy spojrzałam też jak wyobraża sobie siebie w tej chwili i zobaczyłam ją skuloną, we łzach, cicho krzyczącą. Zrozumiałam jak błędnie pojmowałam każdego poza mną. Wcześniej wydawało mi się, że to ja jestem tą „podstawową”, najważniejszą osobowością, a reszta z nas jest pewnego rodzaju rekompensatą, fragmentem osobowości, który „odpadł” od mojej osobowości, wydawało mi się, że mam jakąś kontrolę nad tym kto pojawia się kiedy i że mogę wyprzeć kogoś, gdy chcę – to, co tej nocy wykrzyczała mi Lily nauczyło mnie większej pokory, zrozumiałam że każdy z nas istnieje jako on sam, tak samo jak ja, jest pełen swoich własnych zawiłości i sprzeczności.
Po lepszym poznaniu Lily okazała się nie być prostolinijną, naiwną kulką szczęścia. Do niej należały nasze największe rozpacze razem z największymi ekscytacjami. Wszystkie upadki uczyniły ją jednocześnie bardzo dojrzałą i w pewien sposób smutną. Nie tylko to nie pozwalało jej pozostać zwykłym pięcioletnim dzieckiem, którym się czuła – jak każdy z nas dzieliła wszystkie wspomnienia ciała. Wiedziała czym są wszystkie dorosłe żale, miała wspomnienia wszystkich tragicznych rzeczy jakie przeżyliśmy, jak i wiedziała czym są dorosłe zabawy. Długo się zastanawiałam, czy słusznym jest jej pozwolić uprawiać seks, czy może lepiej, by jej wtedy nie było nigdzie blisko – to właśnie podczas tych rozmyślań zaczęła się moja największa kłótnia z nią, po której zrozumiałam, że bycie „gospodarzem” – osobowością, która spędza najwięcej czasu w ciele, pod którą podszywają się wszyscy inni w razie potrzeby – nie daje mi żadnego prawa do twierdzenia, że mam jakąkolwiek władzę nad innymi. Jeśli chce uprawiać seks z naszym chłopakiem nie mam żadnego innego powodu, by jej zabronić, niż pragnienie posiadania tyranizującej kontroli.
Nasza matka pewnie by postąpiła tak wobec nas. Uwielbiała przejmować kontrolę nad naszym życiem. I tak, potrafiła przeszkadzać nam w spotykaniu się z ukochanym, udając że obchodzi ją tylko opieka i nasze bezpieczeństwo. Nie potrafiliśmy się wtedy postawić jej w jakikolwiek sensowny sposób. Do tej pory najwyraźniej nie potrafimy, a przynajmniej tak wnioskuję po naszych snach.
Dawniej nie potrafiliśmy zapamiętać wiele z naszych snów, większość nocy przesypialiśmy w bez wspomnień, jednak po tym jak zaczęliśmy brać leki od czasu do czasu budziliśmy się pamiętając jakiś sen, a nawet jeśli nie pamiętając treść snu, to przynajmniej jakie emocje nam towarzyszyły – wtedy zauważyliśmy, że zaskakująco często towarzyszy nam motyw, w którym krzyczymy, próbujemy powiedzieć matce o naszej prawdzie, staramy się przekonać, że w pewnych sprawach popełniła błąd – ale nic to nie daje. Nie wiem do końca, co należy nam zrobić w związku z tym snem. Czy jest on zwykłym stwierdzeniem faktu? Czy próbuje zmusić nas do zmiany naszego podejścia?
Co mamy zrobić?
Nawet nasza podświadomość doskonale wie, że przez całe nasze życie mówienie prawdy nie było najlepszym rozwiązaniem.
Całe dzieciństwo zawierzaliśmy się myśli, że potrzebujemy dopasować się do tego, czego się od nas oczekuje. Ciężko było jednak jednoznacznie stwierdzić co to właściwie takiego. Nagradzano nas za radosne opowiadanie, uczuciowość – wszystko, co sprawiało, że rodzice czuli się dobrze. Kiedy jednak nadszedł czas kłótni czy ktoś w domu postanowił trzymać urazę przeciwko innym, ekscytacja i próba zjednania sobie rodziny była zbyt bolesna – musieliśmy się ukryć i radzić sobie sami z naszymi uczuciami.
Minęło wiele lat naszego dzieciństwa, nim odważyliśmy się spróbować oddać krzykiem za krzyk któremuś z rodziców – nigdy agresywna walka fizyczna czy werbalna nie należały do naszych ulubionych zajęć. Okazało się to jednak to skutecznym rozwiązaniem, o ile zastosowane tylko na czas gdy nas atakowano. Nie mogliśmy cały czas być atakować w ramach obrony – wtedy rodzice by nas odrzucili. Prawda jest taka, że od dziecka namawiali nas, byśmy wyrzucali z siebie emocje, bili poduszkę, byli bardziej ekspresyjni, zamiast dusić wszystko w sobie – gdy jednak słuchaliśmy się ich rady i stawaliśmy im naprzeciw, gdy nas krzywdzili, byliśmy karani – nigdy bici, ani torturowani, wystarczało że przestawali z nami rozmawiać, przestawali zwracać na nas uwagę. Nie mogliśmy powstać jako jedno pod banderą buntowniczego nastolatka. Musieliśmy być zażarci i nieczuli przez chwilę, na tyle tylko, by nie dać pokazać, że jesteśmy bezbronni.
Tej nocy, gdy daliśmy sobie przypuścić, że jest nas wiele, zrozumieliśmy, że jest jedno z nas, które genialnie potrafi odpowiadać na tę potrzebę. Długo jej zajęło, nim zdecydowała się na imię – niektórzy z nas, gdy tylko dawali o sobie znać wiedzieli jak chcą być nazywani. Dla przykładu Opera po raz pierwszy dał o sobie znać, gdy byliśmy na spotkaniu ze znajomymi. Z początku myślałam, że jesteśmy tak wycofani, bo czujemy się nieswojo wśród nowych ludzi, gdy jednak zapytałam kto jest teraz, zamiast usłyszeć głos kogoś, kogo już znałam, on się odezwał, podając od razu swoje imię.
Przyznaję na początku byłam trochę przestraszona. Prawdą jest, że każda nowa osoba, która się pojawia wprawia mnie w nie małe zakłopotanie. Zastanawiam się, czy to na pewno ktoś nowy, czy może kogoś wymyśliliśmy? Czy ktoś nie powstał, bo jest z nami gorzej, niż kiedyś? Gdy jednak ktoś daje o sobie znać, nie da się udawać, że jest nas wystarczająco bez znacznego okłamywania nas wszystkich. Nieważne jak przerażała mnie obecność kogoś nowego, musiałam zaakceptować go wśród nas i uznać jego prawo, by się rozwijać.
Podobnie gwałtownie co Opera, pokazała nam się Kora, o której mam nadzieję jeszcze opowiedzieć. Nasze poznanie jej poprzedzała seria zawstydzających wspomnień i zdecydowanie nie prawdziwych wyobrażeń, które dręczyły nas już od dawna, ale nigdy z taką intensywnością. Często bez uprzedzenia przypominaliśmy sobie coś, co się wydarzyło lub o czym kiedyś pomyśleliśmy, a o czym zdecydowanie nie chcielibyśmy by dowiedział się ktokolwiek z zewnątrz. Często wydawało nam się jednak że jedna chwila nieuwagi i coś takiego jak w tej myśli mogłoby się wydarzyć, że nie będziemy w stanie powstrzymać się, że nic nie stanie na drodze między myślą a czynem czy słowem. Te wyobrażenia zdawały się zadawać nam niemalże fizyczny ból, tak prawdziwie jak dźgnięcie nożem, czy cios w głowę. Zwykle jednak zdarzało się jedno czy dwa, a po tym długo nic. Wtedy jednak zalał nas niczym sztorm bolesnych myśli, jedna za drugą, zmuszając nas do wzdrygania się za każdą, do podpierania się o najbliższą ścianę. Odważyliśmy się zapytać, czy jest ktoś, kto zsyła na nas te myśli, pragnąc rozpaczliwego ratunku od ataków. Odezwał się wyjątkowo brutalny, pełen wrogości głos, przedstawiając się właśnie jako Kora.
Ta dwójka od samego początku wiedziała, jak chcą być nazywani, co wraz z nietypowością ich imion skłania mnie do zastanowienia czy ich imiona mają jakieś szczególne symboliczne znaczenie – wtedy uświadamiam sobie, że ani ja, ani oni nie mamy bladego pojęcia, co miała na myśli nasza podświadomość, gdy podsuwała im te pomysły.
Mi i Aleksandrze zajęło kilkanaście dni, zanim zdecydowałyśmy się na coś konkretnego. Ja tak naprawdę nigdy nie wybrałam żadnego „typowego” imienia. Myślałam o wybraniu sobie jakiegoś albo o pozostawieniu imienia systemu – Agata – ale żadna z opcji mi nie pasowała, aż nie poczułam, że dobrze mi z imieniem zgodnym z moją funkcją – Gospodarz. O Aleksandrze wiedziałam, że szuka imienia używanego powszechnie w naszym kraju, że wyobraża sobie to imię jako dosyć długie, pasujące do jej dystyngowanej postawy. Używałam wobec niej różnych imion, które przyszły mi do głowy, aż końcu powiedziała mi, że z wszystkich pasuje jej imię Aleksandra, absolutnie nie zdrobnione.
Dosyć wcześnie dowiedziałam się, że choć dosyć aktywnie udziela się w świecie wewnętrznym, nie lubi być w ciele. Jedną z cech, które pozwalały jej na tak skuteczne wygrywanie dla nas potyczek słownych, był absolutny brak zaangażowania w to, co mówiła, czy cokolwiek innego wokół. Okazało się to nam bardzo użyteczne, bo dzięki temu potrafiła opierać się, nie czując większej złości, żalu czy bólu, gdy oponent próbował nas zranić. Całe jej doświadczenie w ciele było tak puste jak ta chwila kłótni – mogła wypowiadać z siebie słowa, robić, co należało, ale niewiele potrafiło ją dotknąć i to nie tylko podczas gdy było to potrzebne – podczas chwil radosnych, czy gdy byliśmy bezpieczni i kto chciał mógł się pojawić i robić swoje, była tak samo zdystansowana. Gdy pytałam, co sprawia jej największą radość, mówiła, że cieszenie się radością i beztroską Lily. Wtedy znalazłyśmy naszą nić porozumienia – obie bardzo chciałyśmy chronić najszczęśliwszą i najdelikatniejszą z nas.
Pomagała jej, gdy zachwycała się czymś, z czym się spotkałyśmy oraz pocieszała nas, gdy przytłaczały nas emocje.
Pamiętam jak któregoś dnia wróciliśmy smutni ze spaceru z przyjaciółką – smutni, bo wydawało nam się, że nasza przyjaciółka dosyć poważnie nam zazdrości, gdy my tylko chcieliśmy być swobodni i bez wewnętrznej cenzury opowiadać o tym, co kochamy. Wiedzieliśmy na podstawie wcześniejszych doświadczeń, że niewiele dało się poradzić na czyjąś zazdrość. Nie dało się wygrać z złymi emocjami za kogoś. Ukrywanie swojego blasku też zwykle niewiele dawało, a poza tym nie chcieliśmy zmuszać się do spędzania czasu z kimś, jeśli musimy się pilnować. Rozumieliśmy, że w tej sytuacji by ochronić się przed zawiścią zapewne będziemy musieli urwać kontakt, przynajmniej do czasu, gdy dla odmiany to nasza przyjaciółka zaproponuje spotkanie.
Już nie raz zdarzało nam się tracić przyjaciół, by chronić siebie, więc byliśmy przyzwyczajeni, niemniej jednak myśl o rozstaniu nadal bolała. Nie chcieliśmy mówić o naszym bólu rodzicom, bo w ich przypadku nigdy nie było wiadomo kiedy postanowią użyć informacji o tym, że coś jest dla nas ważne, przeciw nam. Staraliśmy się przekazywać im jak najmniej. Wróciliśmy do domu, nikogo nie było, nasze nogi bez sił rzuciły nas na łóżko, dotknęliśmy naszej szyi, przytulając delikatnie policzek do ręki w geście, który jak się okazało potrafił nas genialnie uspokajać i zaczęliśmy płakać. Z nawyku, który wyrobiliśmy sobie jakiś czas temu zaczęliśmy mówić do siebie, jakby ten kto płakał, był kimś innym, niż ten, kto uspokajał. Wtedy jeszcze twierdziliśmy, że to zwykły dialog wewnętrzny. Kiedyś nie pozwolilibyśmy sobie na coś takiego absolutnie pod żadnym pozorem – rodzice nas nauczyli, że mówienie do siebie jest objawem choroby psychicznej, a my przecież nie chcieliśmy być uznani za „świrniętych”, więc powstrzymywaliśmy wszelkie objawy zwracania się do siebie w trzeciej osobie. W końcu jednak poznaliśmy jak bardzo pomaga nam to uporządkować swoje myśli. Teraz czuję, że mogły to być wczesne podpowiedzi dla mnie, że nie jestem tu sama. Że tak właśnie Aleksandra pomagała mnie i Lily, gdy jeszcze nikt nie wiedział kim jest ktokolwiek z tych osób.
Nie jest jednak tak, że każdy, kto może się pojawić, będzie miał pomagać nam lepiej dostosować się do środowiska. Jak wspominałam niektórzy zdają się pojawiać nie tyle jako osoba najbardziej kompetentna w pewnych rodzajach sytuacji. Można wnosić, że Lily miała pomagać nam usposabiać sobie ludzi, (co zresztą robiła długo, zanim odkryliśmy się płytkie przyjaźnie oparte na dogadzaniu innym tylko sprawiają, że upadek na dno jest bardziej rozczarowujący), ale można też spierać się, że rekompensuje nam to, że nikt inny nie przeżył szczęśliwego, swobodnego dzieciństwa. Podobnie w przypadku Kory ciężko dopatrzyć się jakie korzyści społeczne miałaby dodawać jej obecność. Nie pomaga nam w kontaktach – sądzimy, że lepiej by było, żeby nie wyrażała swoich opinii przy większości osób, bo ci mają nas za grzeczną dziewczynkę. Nie jest nam potrzebna do obrony, bo raz, że Aleksandra i Opera bronią nas dostatecznie, dwa, że jeśli pojawia się, gdy nas boli najczęściej robi wszystko, żeby spotęgować ból, zamiast go uniknąć. Najbardziej prawdopodobne wydaje nam się, że ktoś z nas musiał zaakceptować paskudne uczucia, które pojawiały się, gdy nas nienawidzono i gdy my nienawidziliśmy siebie. Reszta z nas z tego co wiem, chce dla nas tego, co najlepsze, ona jedyna głośno wypowiada naszą złość do nas i innych – złość, która pojawiała się, pojawia i jeszcze wielokrotnie pojawi, od której nikt z nas tak naprawdę nie może uciec. Szczęśliwie jeszcze nigdy nie zraniła nas w żaden znaczący sposób, co może być związane z tym, że jeszcze nigdy nie była i pewnie nigdy nie będzie tak naprawdę sama z naszym ciałem – w każdej chwili ktoś z nas wie, co się dzieje i będzie próbował interweniować. Jej najniebezpieczniejsze zachowanie, jakie udało nam się do tej pory poznać, ujawnia się najbardziej podczas naszych przeżyć natury seksualnej. Wtedy, szczególnie, gdy zrobi coś w odpowiedzi na impuls, nikt nas nie zdąży się zorientować, że dążymy do zachowań, które przysporzą nam dużo bólu, nim nie będzie za późno. Gdyby wszystko zależało od niej, zapewne wybrała by nam najgorszego możliwego partnera seksualnego tylko po to, by zapewnić nam maksimum bólu i upokorzenia. Dobrze jednak, że świat, w którym zwykle się obracamy smakuje wanilią i ciężko kogoś namówić do bardziej agresywnych zachowań…
Większość naszych decyzji musi być wspólna. Przy czym nie każdy jest tak samo decyzyjny. Są tacy, których nie znamy zbyt dobrze, którzy nie pojawiają się zbyt często i ci, których wymieniłam, nie są wszystkimi z nas.
Kiedyś wydawałoby mi się, że ponieważ ktoś jest częścią mnie, wszystko o nim jest dla mnie dostępne – teraz wiem, że musimy się poznać jak poznają się z początku obcy ludzie. Trochę jesteśmy w stanie się dowiedzieć dzięki wewnętrznej rozmowie, przy czym zauważyliśmy, że nic nie pomaga nam się poznać jak, gdy ktoś odkrywa siebie w ciele. Dlatego też stwierdziliśmy, że każdy spróbuje znaleźć swój styl. Przy czym okazało się, że ciężko jest komuś chociażby ubrać się po swojemu, bo najczęściej chwilę później pojawia się ktoś inny, kto wyobrażałby sobie siebie inaczej. Dlatego przez większość czasu wyglądamy niepozornie, tak, że nikt z zewnątrz zapewne nie dał rady by zacząć nawet podejrzewać, że jesteśmy inni.
My sami żyliśmy większość życia w przekonaniu, że jesteśmy „normalni”.
Nawet jeżeli natknęliśmy się na informację, że wczesna trauma może zakłócać wykształcaniu się osobowości, uznalibyśmy, że to nas nie dotyczy, skoro nie potrafimy sobie przypomnieć żadnej traumy, która mogłaby nas tak zmienić. Nawet teraz, gdy próbujemy ustalić, co było czynnikiem, nie potrafimy przypomnieć sobie żadnego konkretnego wydarzenia. Niemniej jednak skutki zdają się mówić same za siebie. To, kim jesteśmy teraz zdaje się być świadectwem, że kiedyś podczas naszego rozwoju coś poszło bardzo nie tak.