Bohaterem.

All Rights Reserved ©

Summary

Dotknął opuszkami drugiej ręki i poczuł smyranie. Nie mógł powstrzymać się, by nie przesunąć palców wzdłuż szorstkich włosów i doświadczyć dziwnej radości ze zwykłego dotyku. Poczuł go na klatce piersiowej, na wybrzuszeniu sutka. Podążył wzrokiem za ręką i zza palców zobaczył w lustrze mężczyznę. Mógł mieć… Boże, za dużo lat. Dotknął drugą ręką ostrego podbródka. Mężczyzna bez oczu, ale o wiele starszy, niż mu się wydawało. „Kiedy śnię, to nie są moje sny. Śnię sen małego chłopca"...

Status
Complete
Chapters
1
Rating
n/a
Age Rating
13+

...

Hałas, futurystyczne spekulacje, zadowolone szepty towarzyszące lukratywnym uściskom dłoni, stukot ołówka w kartkę papieru, pojedyncze głoski z przemów młodych deweloperów – wszystko naraz docierało do uszu doświadczonego mężczyzny. Bezskutecznie próbował przywołać na myśl sens dzisiejszego spotkania, czy to o czym było choć jedno wystąpienie.

– Co Pan o tym sądzi, Panie Luccis? – Głos przysłonił jego Bogu ducha winną, nachyloną sylwetkę.

– Sądzę, że tworzę produkty ku uciesze diabła.

– Diabła? – Terapeuta skrobał coś za biurkiem.

– Niedosłownie.

– Dlaczego Pan tak sądzi?

– Nic nie sądzę. Będę sądzić, co będzie trzeba, tylko niech mi Pan da jakąś diagnozę. I proszę przestać zapisywać coś ciągle o mnie w tym swoim dzienniczku. – Terapeuta wyrwał kartkę, a ta zaraz potoczyła się do kosza.

Nie wiedział, w jakim celu chodził do tego mężczyzny. Chyba tylko po to, aby nie oszaleć. Za tyle a tyle minut wracał do stresowania się wszelkimi uzależniającymi formami rozrywki, jakie znajdzie. Godzina tygodniowo terapii pójdzie w zapomnienie. Jednak przychodził. Tak jak kiedyś chodziło się do kościoła niezależnie od walorów mszy, by choć w niedzielę pomyśleć o przemieniającej mocy Boga, tak on z nawyku raz po razie odwiedzał przyjaciela, licząc na cudotwórczą moc współczesnej psychologii. Marzył, by ktoś wyciągnął go z tego marazmu, ale nie wierzył w prawdopodobieństwo cudu. Ktoś musiałby sam najpierw uratować siebie z nawyku przetrawiania kolejnych lat i uwierzyć w sens starania się. Wtedy może mógłby zdobyć moc rozpalania w wybrednych sercach ognia zdolnego pobudzić czujnie usypianą duszę. Miast tego ludzie wokół ogarnięci byli utopijnymi ideologiami materializmu i pośpiechu. Sam nie był już pierwszym umierającym od opętania. Nie tak łatwo było uwierzyć w cokolwiek innego, gdy codziennie odgrywało się nowoczesną rutynę w trybie przyspieszonym. Cóż z tego, że znał reguły wielu religii, skoro nie potrafił zmusić się do życia zgodnie z żadną z nich. Jego ciało miało zakodowane przekonanie o braku znaczeniu jakichkolwiek działań. I tak samo jak otyły człowiek nie może przestać jeść, tak on nie potrafił przestać karmić się udrękami niskiego lotu.

Dotknął opuszkami drugiej ręki i poczuł smyranie. Nie mógł powstrzymać się, by nie przesunąć palców wzdłuż szorstkich włosów i doświadczyć dziwnej radości ze zwykłego dotyku. Poczuł go na klatce piersiowej, na wybrzuszeniu sutka. Podążył wzrokiem za ręką i zza palców zobaczył w lustrze mężczyznę. Mógł mieć… Boże, za dużo lat. Dotknął drugą ręką ostrego podbródka. Mężczyzna bez oczu, ale o wiele starszy, niż mu się wydawało.

„Kiedy śnię, to nie są moje sny. Śnię sen małego chłopca. Dzisiaj było trochę inaczej. Krzesła, stół wydawały się wyższe. Mogłem przez chwilę poczuć ich krągłe krawędzie, plamy światła na skórze, świeże powietrze na włoskach nosa. Zrozumiałem, że ja nie istnieję w tamtym świecie, patrząc obudzony na biały sufit pokoju. Nie udało mi się dłużej zachować chłopięcego doświadczenia przed przekleństwem robotycznego nawyku. Poranna kawa zniknęła z mojego kubka, nim zdążyłem ją wypić i stałem już na czerwonym chwilę od pracy”.

Przypomniało mu się coś z tego popołudnia. Pamiętał przed zamknięciem drzwi wyjmowanie zgniotki z malutkiego kosza przy biurku terapeuty. Być może wspomnienie dałoby mu spokój, gdyby przeczytał treść karteczki przed wyrzuceniem jej jeszcze na korytarzu przychodni. Nie był w stanie zrozumieć, co miałoby go zmotywować do zmarnowania kilkudziesięciu sekund na spieranie się z przyjacielem o jakieś idiotyczne zapiski i na bezpodstawny pokaz władzy – po co innego miałby wyciągać przyjacielowi śmieć z kosza i własną ręką wyrzucać do wybranego kosza kilka metrów dalej? Był pewien, że to niejeden bezproduktywny odruch w ciągu dnia.

– Głupie.

Wszystko wydawało się bez sensu.

Nie mógł przestać wspominać wrażeń towarzyszących poznaniu jednej kobiety. Nie spotkaliby się, gdyby tylko tak często nie zatrzymywał się przy plakacie teatru ulicznego. Chciała być pod milczącymi oczami mężczyzny w dwuwymiarze ukryta dumna tajemnica, niedająca mu spokoju za każdym razem, gdy przechodził. Jakkolwiek tyle treści może zawierać się w zwykłym zdjęciu. Doigrał się bycia zaczepionym przez entuzjastę teatru z plakatu na przypadkowym spacerze. Jako sceptyk odmówił. Aktor był z niego jeszcze gorszy niż człowiek. Młody chłopak nie zraził się. Uprzejma kobieta, jedna z aktorek, zaskoczyła go nagłymi pytaniami. Raził go jej szamański wygląd i pewność siebie, z jaką podchodziła do nieznanego. Czuł wstyd za ich dwoje. Na jej miejscu nigdy nie pokazałby się publicznie wyglądając tak ekstrawagancko, ani nie zachowywałby się, jakby świat należał do niego. Chociaż rozumiał dlaczego wszystkich, w tym jego, ciągnęło do tej kobiety. Nikomu innemu z troski o obyczajność nie poleciłby wzorowania się na niej, jednak jej jednej ekscentryzm przychodził tak naturalnie, że wcale nie wydawał się tak głupi. Pamiętał wrażenie, jakby, pominąwszy wszelkie etapy wzajemnego poznania się, potrafiła spojrzeć prosto w duszę. Oczywiście on tak nie potrafił, właśnie dlatego tylko zbłaźniłby się próbą naśladowania jej. Stąd nawet nie próbował.

Ich pierwsza spontaniczna rozmowa musiała przedłużyć się niewiarygodnie. Musieli się całkiem dobrze bawić, napomknąć coś o jego pracy, bo pokazał jej aplikację z prototypem sztucznej pomocy. Tylko tego miejskiej szamance było trzeba. Zaraz zapytała czemu taki projekt i zanim się zorientował, opowiadał jej o swoich prywatnych sprawach. Myślał, że poczuje takie zażenowanie z powodu gadulstwa, że już nigdy nie zniesie przebywania w pobliżu swojej słuchaczki. On by nie zniósł przebywania wokół kogoś, kto jakkolwiek się przed nim zbłaźnił. Zdziwiła go własna chęć ponownego spotkania kobiety. Wkrótce pozytywnie odpisała na jego maila z zaproszeniem na randkę i jakoś tak zaczęli się ze sobą spotykać.

To nie był udany związek. Nie rozmawiali ze sobą dużo. Jedyną poważną rozmowę przeprowadzili, gdy oboje byli już trochę „niekontaktujący” – grała głośna muzyka, impreza na całego, tańczyli wśród kolorowych świateł.

– Myślę sobie czasem, jak może wyglądać przyszłość. – Przez hałas przebijał się jej głośny głos. – I przeraża mnie czasem, że jeśli nic się nie stanie, ludzie będą raczej woleli zniszczyć ten świat, aniżeli żyć w nim sekundę dłużej.

– Słucham?

– Co mówiłeś?

– Nie słyszę.

– Nieważne.

Kiedy się rozstawali, miał wrażenie, że to on znowu wszystko zepsuł. Żadna kobieta go nie chciała. Od matki do jego najnowszej dziewczyny. Musiały być przytłoczone jego ciągłymi problemami. Sztuczna inteligencja przynajmniej będzie miała cierpliwość, by słuchać. Miał nadzieję, że w tej sposób pomoże przyszłym pokoleniom. Znaczy jemu już raczej nie. Za dużo wydarzyło się w jego życiu, by algorytm dał sobie z tym radę.

Podczas tych rozmyślań z jakiegoś powodu przypomniała mu się nonsensowna sytuacja z dzieciństwa. Pamiętał zbieranie z murów, lamp ich małego miasteczka kartek pamiętnika rozrzuconych przez kilku chłopaków szczególnie źle do niego nastawionych. Tak…

…to był bardzo smutny dzień.

Zgiął dwa palce, odsłaniając coraz więcej twarzy mężczyzny w lustrze – potężne, ciemne brwi. Zgiął kolejny palec.

Rozrzucił po podłodze kolorowe karteczki. Próbował ułożyć zapisane na nich luźne myśli zgodnie z jakimś linearnym porządkiem. Były tam sny, szczególnie zapadłe w pamięć zdania, sytuacje. Gdyby miał większą moc obliczeniową, wyciągnąłby wspólny mianownik tych zdarzeń. Niestety dla oddania zadania programowi musiałby najpierw przewyższyć obecne możliwości współczesnej technologii i wymyślić algorytm, zgodnie z którym analizować należało kolejne fragmenty jego umysłu. Nie był na tyle sprytny.

Tej samej nocy obejrzał kolejny dziwaczny sen. Wbiegł pod stół, na jego ramionach powiewała jaskrawa peleryna. Mimo tego nie czuł się wcale przez nią chroniony przed złymi siłami. Była raczej bezużytecznym artefaktem. O wiele lepiej by zrobił, chowając się w stary koc ich psa i zasypiając kilkudziesięcioletnim snem.

Tym razem przedstawienie nie było tak trudne do zrozumienia. Dokładnie tak zrobił – zasnął. Pamiętał. Na jego rodzinnej scenie pierwszą rolę chciał grać jedynie ciężki zaduch. Niewiele się zmieniało, stare konflikty ciągnęły się jak serek z tubki. Zresztą rozwiązanie ich wymagałoby czasu, a tego przecież nikt nie miał. Ktoś inny musiałby zrobić za nich większość roboty, by mogli tylko potem kiwnąć palcem, wieńcząc pożegnanie ze starym życiem. Gdyby tylko proces odzyskiwania życia był jak aktualizacja do pobrania. Doskonale rozumiał te zależności już dawno i przez pewien okres wytrwale angażował się w programy młodzieżowe, wolontariaty, uczestniczył w sportach. Nigdy nie opuścił go przestrach, że to wszystko jednak na nic. W końcu coś mu się przywidziało, jak czasami przywiduje się ludziom o płynnych poglądach – nie przyszedł na jedno spotkanie i potem nie pojawił się już na żadnym. Zaczął zapominać o wydarzeniach takich jak swoje urodziny. Porzucił wszystkie tym podobne małe, święte praktyki. Czyż ponownie nie dorósł, tak samo jak kiedyś dorósł do zaniechania wiary w Mikołaja? Nie było wcale tak łatwo przekonać siebie do wiary w bohaterów. Wyobraźnia dorosłego nie chciała mu dobrze służyć. Nie widział nigdy żadnego bohatera przekonywającego swoim przykładem do podążenia za sobą, wiary w cuda i życie pełne satysfakcji i znaczenia. Nie widział też nigdy Mikołaja – obaj zatem skończyli wrzuceni do tego samego worka i wysłani przesyłką ekspresową do Laponii.

Czasami miał odwagę zastanawiać się, kogo mógłby zobaczyć w lustrze, gdyby całkowicie odsłonił twarz. Jakie oczy? Czy mogłyby być śmiałe, pełne powagi?

Przytrafił mu się niedługo po tym epizod wyjątkowego zapału. Bywało tak, że co jakiś czas negatywne emocje w nim wzbierały i wtedy jak w gorączce oddawał się pracy artystycznej. Praca nigdy nie okazywała się dobra, bo nie miał praktyki. W międzyczasie z powodu braku weny raczej nie tworzył. Bez niej nie dawało to zbyt wielkiej satysfakcji i ten fakt trochę go demotywował. Tym razem postanowił wydać krótką autobiografię z odważnym manifestem na końcu. Tekst oskarżał wielkie instytucje o pozbawianie młodzieży wartości – bez oferowania czegoś w zamian, przez to błąkają się po świecie bez świeczki na drogę. Technologia miała pozbawiać je ambicji i doświadczenia powolnego mierzenia się z kolejnymi wyzwaniami w tym świecie. Tok wywodu był bardzo logiczny, a przekaz dobitny.

Mężczyzna za biurkiem pewnie nieświadomie marszczył brwi przebiegając wzrokiem kopię tekstu. Autor nalegał na werdykt. Terapeuta nie był chętny.

– Taka forma raczej nie przemówi do ludzi. Jest zbyt bezosobowa i ogólna. Po drugiej stronie zawsze są pojedyncze osoby. Do nich musi się Pan zwrócić. Proszę wyjść do świata, porozmawiać z ludźmi, zobaczyć co do nich przemawia.

– Ma Pan rację, to nie jest dobry tekst. – Wyciągnął rękę po kopię.

– Przeczytam jeszcze raz w domu. – Mężczyzna położył rękę na kartkach.

Wyobrażał sobie, że wracając od terapeuty będzie tak wściekły, że aż wstąpi spontanicznie na przykład na trening boksu, a pobicie worka przyda mu pewności siebie i humoru. Jak można się było domyślić, odpalił jednak algorytm powrotu do domu, rzucił torby w przedpokoju i bezzwłocznie zawinął się w kołdrę. Przypomniał mu się idealistyczny napis o lepszej przyszłości nad wejściem do jego pracy. Zawołał program wsparcia psychicznego po imieniu. Aplikacja sama otworzyła się i czekała, aż odpowie na przywitanie.

– …Myślisz, że jesteś przyszłością tego świata? – zapytał zamiast tego.

– …Przepraszam, nie rozumiem. Jestem sztuczną inteligencją, nie mam żadnych poglądów – odpowiedział damski głos.

„Dobrze dla ciebie… „PRZYSZŁOŚĆ ZACZYNA SIĘ DZIŚ”. Napis nad wejściem ma rację. Czekam z przekonaniem, że moja przyszłość już na pewno zacznie się jutro, może za rok. Tylko „jutro” czy „za rok” jutro i za rok znów będą „dzisiaj”. I tak musiałbym dzisiaj zacząć. Więc jak zacznę? Boże, jestem zbyt słaby by dać sobie z tym radę sam. Wiesz… stanie przed lustrem pomagało. Rosłem w moich snach. Wysnuwałem nadzieję, że moje życie zacznie się, kiedy w moich wyobrażeniach stanę się dorosłym mężczyzną. Tylko znów zawiodłem. Nie mogłem spojrzeć w oczy człowiekowi, któremu zniszczyłem życie. To wszystko moja wina. Musi być wspaniale czuć się ze sobą dobrze, mieć coś, co wciąga człowieka, być tu, być teraz. Przecież nie mnie jednemu jest tak trudno. Nie rozmawiamy o tym, bo to by wymagało czasu i odwagi zmierzenia się z innym światem, mierząc się jednocześnie z tym własnym. Zwracamy się ku technologii, bo ona może siedzieć z nami godzinami i zawsze jest po naszej stronie. Pomogła wielu ludziom, przejmuje najcięższe prace, ale tu wydaje mi się, że napotyka ścianę. Wdzięczny jestem, że zapewnia przyszłość światu i ludzkości. Tylko jak zapewni przyszłość „mnie”, z którego zawsze składają się przecież „świat” i „ludzkość”?”.

Nie potrafił sobie przypomnieć, co ona wtedy mu odpowiedziała. A no tak… Nic. Miał te słowa na końcu języka, ale nigdy nie wypowiedział ich na głos. Jeszcze mniej miał odwagi rozmawiać o tym z innymi, a najmniej na zmianę życia zgodnie z nimi. Zaciskał kciuki za tego, który odważyłby się zacząć być choć trochę bohaterem dziś…