Strażnik Żywiołów: Jeden z nas...

All Rights Reserved ©

Summary

Piętnastoletni Adam od dawna pogodził się ze swoim życiem. Mieszka w "rodzinie" zastępczej, trzyma się na uboczu i próbuje nie zwracać na siebie uwagi. Choć przywykł do samotności, w głębi serca wciąż marzy o czymś, czego nigdy naprawdę nie miał - domu, rodzinie i kimś, kto zostałby jego przyjacielem. Wszystko zmienia się podczas zwykłego spaceru przez las, gdy Adam dostrzega zjawy i staje twarzą w twarz z przerażającą istotą, która nie powinna istnieć. Ocalony przez tajemniczych nieznajomych, trafia do ukrytego świata magii oraz niezwykłej Akademii, gdzie odkrywa, że jest częścią czegoś znacznie większego, niż kiedykolwiek przypuszczał. W miejscu pełnym sekretów, niebezpieczeństw i magicznych stworzeń Adam po raz pierwszy zaczyna odnajdywać to, czego zawsze mu brakowało - ludzi, którzy stają się jego rodziną, prawdziwych przyjaciół i miejsce, które może nazwać domem. Jednak wraz z nowym życiem budzą się także tajemnice związane z jego przeszłością, a odpowiedzi, których szuka, mogą odmienić nie tylko jego los, ale i cały magiczny świat.

Genre
Fantasy
Author
nadmser
Status
Ongoing
Chapters
1
Rating
n/a
Age Rating
16+

Dotyk Żywiołu

Minęły dopiero dwa tygodnie od rozpoczęcia pierwszego roku nauki w High School Croydon, a Adama już cała klasa uważała za dziwaka. Była to oczywiście zasługa przybranego brata i jego kolegów. Już w podstawówce nie dawali mu spokoju. Można by było pomyśleć, że w liceum wszystko się zmieni, bo pójdą do różnych placówek, jednak w Greenhill była tylko jedna taka szkoła, co oznaczało, że chłopak jest skazany na nich przez następne cztery lata nauki w liceum.

Adam od pięciu lat mieszkał z Harrisami. Głową rodziny był William Harris, a jego żoną Elen Harris. Małżeństwo miało syna Oliviera, który był w tym samym wieku co Adam. Chłopak był jednak o wiele wyższy i potężniej zbudowany. Miał jasne, blond włosy i niebieskie oczy, w skrócie, był kopią ojca. Oliver, od kiedy Adam trafił do Harrisów, dokuczał mu i dogryzał w szkole na każdym kroku, przypominając, że nie są rodziną, a z racji tego, że był jednym z najpopularniejszych uczniów w szkole, z Adamem mało kto rozmawiał. Nikt nie chciał zadzierać z Oliverem.

Sytuacja pogorszyła się jeszcze bardziej trzy lata temu, na początku szóstej klasy podstawówki, gdy cała grupa udała się na lekcję biologii do pobliskiego lasu.

Był ciepły, wrześniowy dzień. Liście dopiero zaczynały żółknąć, a powietrze pachniało mokrą ziemią po porannym deszczu. Grupa uczniów szła ścieżką wesoło rozmawiając, rzucając patykami i przepychając się żartobliwie. Adam trzymał się na końcu, jak zwykle sam. Mimo to lubił las — tutaj czuł się bardziej wyluzowany, z dala od hałasu szkolnych korytarzy i poza uwagą Olivera i jego paczki.

Wszystko przebiegało spokojnie, dopóki Adam nie zatrzymał się jak wryty, z przerażeniem malującym się na twarzy. Zimny dreszcz przeszedł mu po karku. Nie wiedział dlaczego, ale nagle zrobiło się cicho.

Zbyt cicho…

Nie było słychać ani śpiewu ptaków, ani szelestu liści. Powietrze zgęstniało, a promienie słońca, które jeszcze przed chwilą przebijały się przez korony drzew, jakby zgasły. Chłopak uniósł głowę i spojrzał w głąb ścieżki — wtedy je zobaczył.

Na środku drogi stały trzy postacie. Ubrane w czarne, postrzępione szaty, które zdawały się falować, choć nie było wiatru. Nie miały twarzy — tylko mrok, plątaninę cieni, która nabrała ich kształtu.

Przez krótką chwilę Adam był pewien, że to tylko złudzenie, że wzrok płata mu figla. Ale gdy jedna z postaci odwróciła się w jego stronę, poczuł, jak coś ściska mu gardło. Ich obecność była… zimna. Jakby z każdej z nich biło coś, co wysysało powietrze z płuc.

– Nie możemy iść dalej… – wyszeptał. – Tam… tam stoją ludzie. Nie, nie ludzie… coś innego.

Cała klasa zatrzymała się i spojrzała w kierunku, w który wskazywał, a nauczyciel przerwał swoje opowieści o naturze.

– Co ty znowu wymyślasz, sieroto? – prychnął jeden z kolegów Olivera. – Może duchy zobaczyłeś?

Śmiech przeszedł po całej grupie. Tylko nauczyciel spoważniał, ale nie dlatego, że wierzył chłopcu — raczej był zirytowany przerwaniem zajęć.

– Adam, skończ z tymi wygłupami – powiedział stanowczo. – Tam nikogo nie ma.

Chłopiec cofnął się o krok, nie odrywając wzroku od ciemnych sylwetek. Miał ochotę krzyknąć, że przecież widzi, że one tam są. Ale nikt by mu nie uwierzył. Czuł, jak słowa więzną mu w gardle. Coś w nim drżało, jakby jego własne serce chciało go ostrzec.

Cała klasa wybuchła śmiechem. Oliver, stojący z przodu, roześmiał się najgłośniej. – Dziwak! – krzyknął. – Patrzcie, duchy widzi!

Śmiech przebił się przez las jak echo. A wtedy postacie zniknęły — po prostu rozpłynęły się w powietrzu, jakby nigdy ich tam nie było.

Adam stał nieruchomo jeszcze przez chwilę, z drżącymi dłońmi i sercem bijącym jak oszalałe. Nie wiedział, czy to, co widział, było prawdziwe, ale nigdy wcześniej nie czuł takiego chłodu, niepokoju. Tego dnia po raz pierwszy zrozumiał, że różni się od innych dzieciaków z klasy, nie tylko, dlatego że nie ma rodziców, ale widzi dziwne rzeczy. Może po prostu był nienormalny jak większość ludzi mu mówiła? Nie wiedział tego. W tym momencie czuł tylko przerażenie.

Nauczyciel pokręcił głową i zbeształ chłopaka za głupie żarty, a potem zadzwonił do jego opiekunów, którzy zapewne, nie byli zadowoleni z całej sytuacji.

Cisza, którą Adam znał do tej pory, odeszła bezpowrotnie. Od tamtego popołudnia w lesie każda noc stała się dla chłopca męczarnią – zaczęły się koszmary, jakich nigdy wcześniej nie doświadczył. Straszne, wręcz zbyt realne, by mogły być tylko snem. Czasem budził się z krzykiem, mając wrażenie, że mrok z jego snów naprawdę go dotyka, że zimne dłonie z ciemności próbują wciągnąć go w głąb.

Nie miał na kogo liczyć.

Kiedy przekroczył próg domu Harrisów, wciąż czuł w kościach ten nienaturalny chłód. Miał nadzieję, że chociaż tutaj się od niego uwolni, ale atmosfera wewnątrz była równie lodowata, co wzrok zjaw w lesie.

Sąsiedzi często mówili, że Harrisowie mieszkają w jednym z najładniejszych domów w Greenhill. Adam nigdy tego nie rozumiał. Owszem przy domu był piękny ogród Elen, skoszona trawa, a elewacja budynku lśniła bielą. Budynek był duży i zadbany w środku. Jednak dla chłopaka kojarzył się tylko ze skrzypiącymi schodami prowadzącymi na strych, długimi korytarzami i ścianami pełnymi zdjęć przypominających mu, że tak naprawdę nie należał do tej rodziny.

William Harris siedział w salonie, przeglądając jakieś dokumenty. Pomieszczenie było schludne i uporządkowane — ciemne meble stały idealnie równo przy ścianach, a na półkach nie było ani jednego przedmiotu pozostawionego przypadkiem. Nawet nie podniósł głowy, gdy Adam wszedł do środka.

Za to Elen czekała już w kuchni, oparta o blat z założonymi rękami. Jasne szafki i lśniące od czystości blaty sprawiały wrażenie, jakby nikt nigdy naprawdę z nich nie korzystał. W powietrzu unosił się zapach świeżo zaparzonej kawy i środka do mycia podłóg.

​– Możesz mi wyjaśnić, co to ma znaczyć? – zapytała cicho, ale w jej głosie była wyczuwalna irytacja. – Dzwonił twój nauczyciel. Podobno urządziłeś histerię na środku lasu, twierdząc, że na drodze stoją jakieś postacie, a nikogo tam nie było?!

​– Ja... ja je widziałem, proszę pani – wykrztusił Adam, kurczowo ściskając ramiączka starego plecaka. – Stały na drodze. Były czarne, nie miały twarzy...

​– Przestań! – uciął William, wchodząc do kuchni. – Czy ty wiesz, jaki to dla nas wstyd? Ludzie w Greenhill już i tak gadają, że wzięliśmy dziecko z problemami, a ty robisz z siebie wariata na oczach całej klasy. Chcesz, żeby nas wytykali palcami?

​– Ale ja nie kłamię... – głos Adama zadrżał.

​– Dość! – Elen uderzyła dłonią w stół. – Za karę nie zjesz dziś kolacji. Marsz na górę i przemyśl swoje zachowanie. A jutro po szkole zajmujesz się garażem. Może praca fizyczna wywieje ci z głowy te głupoty o duchach.

​Adam nie dyskutował. Wiedział, że każde słowo tylko pogorszy jego sytuację. Ruszył w stronę schodów, czując na plecach kpiące spojrzenie Oliviera, który właśnie wyłonił się z przedpokoju, zajadając jabłko.

​– Widzisz, mamo? Mówiłem, że mu odbija – rzucił Oliver z pełnymi ustami, puszczając oko do Adama, gdy ten go mijał.

​Chłopak zamknął się na ciemnym strychu. Usiadł na twardej kanapie i schował twarz w dłoniach. Wtedy, w tej absolutnej ciszy, poczuł to po raz pierwszy. To nie był zwykły strach. To było wrażenie, że te postacie z lasu wcale tam nie zostały. Że teraz, gdy zapadł zmierzch, patrzą na niego z każdego ciemnego kąta zagraconego pokoju.

​Tej nocy, po raz pierwszy w życiu, bał się zamknąć oczy. A kiedy w końcu sen go zmorzył, czarny pył zaczął wypełniać jego marzenia senne, zmieniając je w koszmar, który miał trwać lata.

Wszyscy zaczęli trzymać się od niego z daleka, a Oliver i jego koledzy prosto w twarz nazywali go dziwakiem. Na początku było mu ciężko, jednak po upływie tych kilku lat nauczył się ignorować otaczających go ludzi i docinki z ich strony.

Chłopak pierwszy raz zobaczył Harrisów, gdy przekroczyli drzwi sierocińca, wiedział że przyjechali po niego i miał nadzieję na to, że znajdzie rodzinę, której nigdy nie miał. Jednak już po niespełna miesiącu zrozumiał, że dla nich nic nie znaczy — był tylko źródłem dodatkowych pieniędzy. Jedyne chwile, kiedy się nim interesowali, to te, gdy wśród ludzi mogli udawać idealną rodzinę, słuchając pochwał o tym, jakimi są dobrymi ludźmi i jakie szczęście ma Adam, że postanowili wziąć go do swojego domu.

Czasem chłopiec próbował sobie wyobrazić, że któregoś dnia William lub Elen po prostu usiądą z nim przy stole i zapytają, jak minął mu dzień. Ale cisza, która zawsze panowała w „domu”, gdy on był w pobliżu, była głośniejsza niż jakiekolwiek słowa.

Rzeczywistość była brutalna, w „domu” z nim nie rozmawiali, wykonywał większość prac domowych i nie mógł przeciwstawiać się żadnemu z Harrisów, nawet Oliverowi, inaczej był karany. Gdy tylko wracał ze szkoły od razu miał już listę zadań do wykonania.

Większa część garderoby Adama składała się ze znoszonych, za dużych ubrań przybranego brata. A jego tak zwany pokój mieścił się na niewykończonym strychu, za łóżko służyła mu stara kanapa. Pomieszczenie było całe zagracone i słabo oświetlone. Jednak, gdy przyjeżdżał ktoś z opieki społecznej, Harrisowie jako sypialnię Adama pokazywali pokój gościnny.

Chłopak nigdy nie poznał swoich biologicznych rodziców. W sierocińcu, w którym spędził prawie 10 lat, słyszał tylko, że mama zostawiła go w szpitalu zaraz po jego narodzinach, jednak jej wszystkie dokumenty zniknęły razem z nią, więc nikt nie wiedział, jak się nazywała. Jedyne co po sobie zostawiła, to karteczkę z imieniem: Adam, które nadano chłopcu. Podobnie było z tatą, który nawet nie pojawił się przy jego narodzinach.



Od dwóch miesięcy było spokojnie.

Żadnych koszmarów.

Żadnych cieni w kątach pokoju.

Żadnych szeptów, które przyprawiały o dreszcze.

Adam prawie zapomniał, jak to jest budzić się w środku nocy z sercem walącym jak oszalałe. Przez ostatnie tygodnie spał normalnie. Chodził do szkoły. Wracał. Dni zlewały się ze sobą w coś… zwyczajnego.

I chyba właśnie to było w tym najlepsze.

Siedział teraz w klasie, oparty na krześle, słuchając jednym uchem nauczyciela. Nawet pozwolił sobie pomyśleć, że może… to wszystko minęło. Że cokolwiek to było — zostawiło go w spokoju.

Ołówek obracał się leniwie między jego palcami.

Może w końcu będzie normalnie.

Adam siedział prawie na samym końcu sali. Nauczyciel mówił coś o równaniach, ale jego głos był coraz bardziej odległy, przypominał szum — jakby dochodził spod wody. Patrzył w zeszyt, ale nie pisał. Jego ołówek zatrzymał się w połowie zdania.

Znów to poczuł, dziwny chłód, taki sam jak sprzed paru lat.

Coś stało przy drzwiach.

Na pierwszy rzut oka wyglądało jak cień. Zwykły cień — tylko że nie pasował do niczego. Nie miał źródła. Był zbyt ciemny, zbyt… gęsty.

Adam zamrugał.

Cień nie zniknął.

To...To była jedna ze zjaw, które widział tamtego dnia w lesie...

— Halo, Ziemia do Adama — syknął ktoś z tyłu, kopiąc jego krzesło. — Znowu odpłynąłeś?

Kilka osób zachichotało. Znał ich reakcje. Każde słowo tylko by pogarszało sprawę. Tak więc milczał.

Gdy znów spojrzał w stronę drzwi — cień był bliżej. Serce zaczęło mu bić szybciej.

— „Nie patrz. Po prostu nie patrz.”

Wbił wzrok w zeszyt. Ale litery zaczęły się rozmazywać. Zjawa zbliżała się coraz bardziej, aż w końcu stanęła obok niego.

Adam walczył ze sobą by nie wybiec z sali.

Nie mógł wyjść przy nowych kolegach z klasy na wariata, na którego kreował go Oliver i jego paczka.

Cień powoli wyciągnął coś na kształt ręki w stronę twarzy Adama. Chłopak poczuł przerażający chłód na całym ciele. Zacisnął powieki.

Ołówek w jego dłoni pękł pod wpływem siły, z jaką go ściskał. Grafit pokruszył się, brudząc mu wnętrze dłoni ciemnym, brudnym pyłem, ale Adam nawet nie poczuł, gdy ostre kawałki drewna wbijały mu się w skórę.

W tym samym momencie zadzwonił dzwonek. Wszyscy zerwali się z miejsc. Hałas, rozmowy, śmiechy.

Uczniowie zaczęli wychodzić z klasy. Jednak on dalej siedział nieruchomo, bojąc się otworzyć oczy.

Poczuł jak ktoś lekko nim potrząsa i dopiero wtedy spojrzał, na stojącego przed nim profesora Door’a, wysokiego, 45-letniego, szczupłego mężczyznę, z lekkim zarostem i haczykowatym nosem

— Wszystko w porządku Adamie? — zapytał mężczyzna, z wyraźnym niepokojem, przeczesując ręką swoje lekko za długie, czarne włosy.

— Tak... Tak, przepraszam. Zamyśliłem się... — powiedział szybko chłopak zachrypniętym głosem i zaczął się pakować.

— Na pewno? — upewniał się jeszcze nauczyciel. — Wyglądasz strasznie blado...

— Tak, wszystko dobrze, po prostu nic dzisiaj nie jadłem. — rzucił szybko Adam, kierując się do wyjścia. — Ale dziękuję. Do widzenia.

Nie chciał patrzeć w stronę drzwi, ale musiał. Gdy spojrzał, nic tam nie było.

Tylko zwykły korytarz.

Jednak było nienaturalnie zimno.

I nie był to zwykły, jesienny chłód — to było coś głębszego. Jakby zimno nie było w powietrzu, tylko… pod jego skórą.

Adam przyspieszył kroku.

Nie patrzył za siebie.

Stołówka była pełna ludzi, ale dźwięki wydawały się przytłumione. Jakby częściowo był „gdzieś indziej”.

Wziął jedzenie niemal mechanicznie. Taca lekko drżała w jego dłoniach. Usiadł w rogu, najdalej jak się dało od innych. Próbował oddychać spokojnie.

— „To tylko zmęczenie. To wróciło… i zniknie. Jak zawsze.”

Ale nie wierzył w to. Zbyt wyraźnie to widział. Zbyt blisko. Czuł chłód tego cienia na własnej skórze.

Zacisnął dłonie na krawędzi stołu.

I wtedy—

Taca nagle poleciała na ziemię z głośnym hukiem. Jedzenie rozprysnęło się po podłodze.

Śmiech.

Adam powoli podniósł wzrok.

Oliver.

Stał nad nim, z tym swoim krzywym, złośliwym uśmiechem. Wokół niego kilku innych uczniów — wszyscy rozbawieni.

— Ups — rzucił. — Ręce ci się trzęsą czy co?

Kolejna fala śmiechu. Adam patrzył na niego bez słowa. Ale coś w nim pękło.

Albo raczej — coś się obudziło.

Wstał. Szybko. Niespodziewanie.

I uderzył. Pięść trafiła Olivera prosto w twarz. Był to krótki, czysty cios.

Oliver poleciał do tyłu i wylądował na podłodze. Przez chwilę wyglądał, jakby nie rozumiał, co się właśnie stało. Krew zaczęła spływać mu z nosa.

Cisza. Już nikt się nie śmiał.

Najbardziej zaskoczeni byli ci, którzy znali Adama.

Chłopaka o kruczoczarnych, krótko przystrzyżonych włosach i o łagodnych brązowozielonych oczach. Średniego wzrostu, o szczupłej sylwetce.

Cichego. Zamkniętego.

Nigdy się nie odzywał. Nigdy się nie bił. Nigdy nie bronił.

A teraz stał ciężko oddychając z dziwnym błyskiem w oczach. Serce waliło mu jak młot.

Ale to nie to było najgorsze. Pomimo tego, że chłód zniknął. Zastąpiło go coś innego.

Ciepło. Nie — żar.

Jakby coś zaczęło palić go od środka.

Jakby coś próbowało się wydostać.

— ADAM! — ktoś krzyknął. — DO DYREKTORA, NATYCHMIAST!

Ale chłopak nie posłuchał. Odwrócił się i wybiegł.



W tym samym czasie — setki kilometrów dalej.

Powietrze w wieży obserwacyjnej było nieruchome. Zbyt spokojne jak na miejsce, w którym śledzono rzeczy, które nie powinny istnieć. Ściana ekranów rzucała zimne, niebieskie światło na twarze dwóch mężczyzn.

Thomas Roy pochylił się nad jednym z paneli, jego palce szybko przesuwały się po świetlistych symbolach.

— Chris… — powiedział nagle, ciszej niż zwykle. — Musisz to zobaczyć.

Chris Clark podniósł wzrok znad raportów i podszedł bliżej.

Na centralnym ekranie widniała mapa.

Ale jedno miejsce pulsowało czerwienią.

Daleko na wschód od nich.

— Greenhill — mruknął Thomas. — Małe miasto. Nic szczególnego… przynajmniej do teraz.

Plama światła na mapie drżała. Rozszerzała się. Powoli. A potem coraz szybciej, zbyt szybko.

Chris zmrużył oczy.

— Kiedy to się pojawiło?

— Kilkadziesiąt sekund temu. I rośnie — odpowiedział Thomas, przełączając widoki. — Zasięg obejmuje już kilka kilometrów… i nadal się zwiększa.

Przez chwilę obaj patrzyli w milczeniu.

Energia na ekranie zaczęła pulsować jeszcze mocniej.

— Nie wygląda to dobrze — dodał Thomas ciszej. — Już dawno nie widziałem czegoś takiego.

Zawahał się.

— Myślisz, że to jakaś… piekielna istota?

Chris nie odpowiedział od razu.

Obserwował.

Analizował.

Plama nagle zadrżała gwałtowniej — jakby coś po drugiej stronie właśnie się wydarzyło.

I to wystarczyło Chrisowi.

— Nie ma czasu na zgadywanie — powiedział chłodno. — Sprawdzimy to na miejscu.

Odwrócił się gwałtownie.

— Quinn! Xan! Do mnie. Natychmiast.

Nie musiał powtarzać. Po kilku sekundach drzwi otworzyły się z sykiem, a do środka weszli dwaj mężczyźni.

Quinn — wysoki, 25-letni, dobrze zbudowany mężczyzna o popielatych włosach i szarych oczach.

Xan — parę lat starszy od tego pierwszego, niebieskooki brunet, o podobnej sylwetce.

— Mamy jakiś problem dowódco? — zapytał Xan.

Chris wskazał ekran.

— Greenhill. Silny wyrzut energii. Możliwe zagrożenie wysokiego poziomu.

Quinn już sięgał dłonią w powietrze i kreślił najróżniejsze wzory. Błękitne światło zaczęło zbierać się wokół jego palców.

Przestrzeń przed nimi zadrżała.

A po chwili świetlista szczelina przecięła powietrze, rozszerzając się w wirujący portal.

Podmuch energii przeszedł przez pomieszczenie. Thomas cofnął się o krok, osłaniając oczy. Chris nawet nie drgnął. Spojrzał jeszcze raz na mapę. Plama była ogromna.

— Ruszamy — powiedział.

Bez wahania wchodząc w światło. Quinn i Xan ruszyli tuż za nim. Portal zamknął się, a w sali znów zapadła cisza. Tylko ekran nadal pulsował. Wskazanie nad Greenhill… wciąż rosło.



Korytarz. Drzwi. Zimne powietrze na zewnątrz — ale on go nie czuł. Dopadł roweru i wsiadł na niego, niemal się potykając.

Ruszył.

Szybko. Za szybko, jak na zwykłego nastolatka. Wiatr uderzał go w twarz, ale nie zwalniał.

„Nie mogę wrócić, nie do szkoły, a tym bardziej nie do Harrisów.”

Droga prowadziła przez las. Zawsze prowadziła. Światło przygasło, gdy zaczęły otaczać go drzewa, a powietrze zgęstniało. Mgła zaczęła napływać na drogę, sunąc nisko nad ziemią.

Adam zwolnił.

Coś było nie tak...

Zatrzymał się na chwilę przy skraju drogi. Drzewa wyglądały… inaczej. Ciemniej. Jakby coś między nimi obserwowało każdy jego ruch.

Zacisnął dłonie na kierownicy.

— To tylko las, ten sam co zawsze... — mruknął do siebie.

Jednak tym razem otoczenie wydawało się jakby ciemniejsze, straszniejsze, a droga była już cała pokryta przez gęstą jak mleko mgłę. Adam zaczął niespokojnie się rozglądać.

Nagle.

Znikąd, jakiś wielki, czarny kształt pojawił się tuż przed nim. Chłopak skręcił gwałtownie, uderzając plecami w drzewo.

Minęła chwila nim zdołał się podnieść. Był cały obolały.

Spojrzał w stronę, gdzie przed chwilą widział ciemny kształt, jednak nic tam nie było. Nadal z szybko bijącym sercem wydostał rower z krzaków i wszedł na drogę.

„To tylko w mojej głowie, tylko w…” – powtarzał sobie w myślach.

Miał już ruszać, gdy poczuł, że coś lub ktoś za nim stoi, obrócił się przerażony. I wtedy go zobaczył długie, muskularne ciało wyłoniło się z półmroku. Sierść pokryta pasami i cętkami drgała, gdy stwór skradał się bliżej. Grzbiet był wygięty nienaturalnie, a żółtozielone oczy rozbłysły w ciemności jak dwa żarzące się węgle. Adam poczuł, jak serce wali mu w piersi. Wiedział, że to nie jest zwykłe zwierzę. To coś… coś, co nie powinno istnieć. Przerażony ruszył, szybko pedałując, jednak potwór był szybszy. Łapy zakończone pazurami wbiły się w bok ciała Adama, rozrywając jego koszulkę i skórę jak papier. Ostry ból przeszył go aż po kręgosłup. Krzyknął.

Rower poleciał w jedną stronę, on w drugą. Upadł twardo na ziemię, aż zabrakło mu tchu. Ciepła krew natychmiast popłynęła po boku, klejąc jego ubranie.

Obrócił się na plecy przyciśnięty ciężarem bólu. Każdy oddech był dla niego krótkim, bolesnym szarpnięciem płuc. Czuł, jak ziemia pod nim drży od kroków bestii.

Potwór krążył wokół, powoli, jakby delektował się jego strachem. Żółte oczy lśniły w półmroku, a z pyska ciekła mu ślina, kapiąc ciężkimi kroplami na ziemię. Adam zacisnął powieki, licząc, że to tylko koleiny koszmar. Oddychał ciężko, chcąc się obudzić, ale nie potrafił.

Wtedy, usłyszał nagły, przeciągły ryk. Potwór zatrzymał się w pół ruchu i warknął wyraźnie czymś zirytowany.

Adam otworzył oczy i dostrzegł ich – trzech mężczyzn ubranych w czerń, stojących kilka metrów za stworem, który już z powrotem był skupiony tylko na chłopcu.



Światło portalu zgasło równie nagle, jak się pojawiło. Przenieśli się do jakiegoś lasu.

Natura milczała. Wiatr nie wiał w koronach drzew, liście nie szeleściły, a po zwierzętach nie było najmniejszego śladu. Las, który powinien tętnić życiem, wydawał się zatrzymany w czasie, jakby ktoś nagle odebrał mu oddech i zostawił jedynie pustą, martwą przestrzeń.

Otoczenie było spowite gęstą mgłą. Ale w powietrzu było też czuć dziwną energię. Chris rozpoznał ją natychmiast. Moc. Żar piekielnej istoty.

Zrobił kilka powolnych kroków do przodu, a jego spojrzenie przesuwało się uważnie po otoczeniu, jakby próbował odnaleźć źródło tego zakłócenia. Już po chwili wokół jego dłoni zaczęła zbierać się energia — głęboka zieleń, pulsująca jak żywe pnącza, splatająca się wokół nadgarstków. Jego oczy rozbłysły tym samym kolorem, intensywnym, nienaturalnie żywym w tej przygaszonej przestrzeni.

— Bądźcie czujni… — mruknął pod nosem do towarzyszy.

Powietrze było ciężkie od energii. Gęste. Skażone czymś obcym.

Quinn uniósł lekko dłoń, a między jego palcami natychmiast przeskoczyły iskry, które w ułamku sekundy zamieniły się w cienkie, ostre wyładowania elektryczne. Błękitne światło odbiło się w jego oczach, które teraz świeciły setkami piorunów.

— To miejsce jest przesiąknięte mocą — powiedział cicho. — I to nie jedną.

Xan tymczasem przyklęknął i położył dłoń na ziemi. Przez chwilę nic się nie działo, a potem grunt pod jego palcami zadrżał delikatnie, odpowiadając na jego obecność. Jego oczy przybrały orzechowy, kamienny odcień, a energia wokół rąk przypominała ciężką, gęstą materię skalną.

— Coś uderzyło tutaj z ogromną siłą — powiedział powoli. — Ale… to nie jest jedyne źródło mocy. Czuję coś jeszcze.

Chris nie potrzebował więcej, od razu ruszył. Zrobili kilka kroków przez mgłę — i zobaczyli.

Chłopak leżał na ziemi. Nieruchomy. Ziemia wokół była rozorana, a asfalt zryty.

— Żyje — rzucił krótko Quinn, zanim ktokolwiek zdążył zapytać.

Ale nie stan chłopaka był najgorszy...

Coś szło w jego stronę. Chris zatrzymał się. Jego spojrzenie stwardniało.

— Hyger…

Stwór wynurzył się z mgły jak koszmar. Jego skóra pokryta grubą sierścią napinała się złowrogo przy każdym kroku. A łapy zostawiały ogniste ślady.

Nie poruszał się szybko.

Wręcz przeciwnie powoli zbliżał się do leżącego na ziemi chłopaka. Był pewny, że zdobycz jest już tylko jego.

Xan zacisnął dłoń.

— Poluje — powiedział cicho.

Hyger zatrzymał się na moment warcząc. Jakby coś wyczuł. Jednak nawet nie spojrzał w stronę intruzów. Jego cel był tuż przed nim.

Cisza stała się jeszcze bardziej złowroga.

Chris bez wahania zrobił krok do przodu. A światło wokół jego dłoni zaświeciło jeszcze bardziej.

— Quinn — rzucił krótko.

Quinn nie potrzebował instrukcji.

Podniósł obie ręce, a powietrze wokół nich eksplodowało energią. W jednej chwili wokół leżącego chłopaka powstała bariera — pole ochronne utkane z czystej elektryczności, które trzaskało i pulsowało jak żywa burza. Pioruny przeskakiwały między punktami, tworząc siatkę, która powinna zatrzymać wszystko, co spróbuje się przez nią przebić.

Jednak Hyger wszedł w nią bez zawahania.

Na moment wyładowania eksplodowały, jednak potwór tylko poruszył się gwałtownie i warknął. Ktoś próbował ukraść jego zdobycz. Ale pomimo tego nie zwracał uwagi na ciosy zadawane przez mężczyzn. Jego cel był jasny — Adam...

Quinn zacisnął zęby.

— Jak to możliwe…

W tym samym momencie, Xan nie tracąc czasu, uderzył dłonią w ziemię z pełną siłą.

Grunt eksplodował.

Ziemia wyrwała się w górę w postaci ostrych kolców, a jednocześnie kilka ogromnych głazów uniosło się w powietrze, zawisając na moment, zanim z impetem poleciały w stronę Hygera.

Uderzenie było niszczycielskie.

Kamień roztrzaskałby wszystko na swojej drodze.

Ale Hyger… nie był „wszystkim”.

Głazy uderzyły w ciało bestii i zniknęły w jej ogniu, tak jakby nigdy ich nie było.

— Nie mogę go zatrzymać! — rzucił Xan, cofając się o krok.

Chris już był w ruchu.

Poruszył się z prędkością, która była wypracowanym odruchem. Ziemia odpowiedziała na jego obecność — korzenie wyrwały się spod powierzchni, owijając się wokół jego nóg, wzmacniając każdy krok, każdą decyzję.

Za jego plecami, na ułamek sekundy, pojawił się zarys czegoś ogromnego.

Krokodyl.

Nie w pełni materialny, ale wystarczająco obecny, by poczuć jego ciężar i siłę.

Chris uderzył.

Energia natury nie była czysta ani prosta — była chaotyczna, pierwotna, zawierająca w sobie zarówno wzrost, jak i zniszczenie. Eksplodowała z jego dłoni, uderzając w Hygera bezpośrednio.

Tym razem—

coś się zmieniło.

Istota zadrżała.

Na krótką chwilę zatrzymała się, a potem rzuciła do przodu. Prosto na chłopaka.

— Próbujcie dalej! — krzyknął Chris.

Tysiące odłamków skalnych poleciało na raz w stronę bestii, a korzenie wystrzeliły oplatając jego łapy. Jednak Hyger nie zatrzymał się nawet na chwilę.

Chris zrozumiał natychmiast.

— On nas ignoruje — powiedział ostro. — Ma cel.

— Tego chłopaka — odpowiedział Xan.

— Tak.

Hyger był już przy nim, właśnie miał zakończyć życie swojej ofiary, gdy ta poruszyła się niespodziewanie unikając ciosu. Teraz chłopak wyglądał inaczej, jego oczy płonęły, biła od niego moc, jakaś przerażająca siła.

— Cofnąć się! — rzucił Chris natychmiast.

I w tym momencie Hyger zapłonął jeszcze bardziej, jednak to nie był jego ogień... Na ciele potwora zaczęły pojawiać się szczeliny światła, a potem...wybuchł.

Chris cofnął się o krok, blokując uderzenie własną mocą.

Quinn podniósł natychmiast pole ochronne.

Xan zakotwiczył się w ziemi, by nie zostać odrzuconym.

Wszystko wokół ucichło. Chris patrzył w milczeniu na chłopaka, który w tym momencie klękał wyraźnie pozbawiony energii, ranny.

I pierwszy raz od dawna poczuł coś, czego nie lubił. Niepewność. Kim był ten chłopiec?



Przez chwilę Adam nie był pewien, czy w ogóle jeszcze żyje.

Klęczał z trudem na zimnej ziemi, czując, jak każdy oddech rozlewa się bólem po jego klatce piersiowej. Powietrze było ciężkie, wilgotne, przesiąknięte czymś, czego nie potrafił nazwać, ale co sprawiało, że miał ochotę przestać oddychać, byle tylko tego nie czuć.

Potwór zniknął.

To była pierwsza myśl, która przebiła się przez chaos. Zniknął.

Nie widział go już między drzewami, ani na drodze. Nie czuł tej przytłaczającej obecności, która jeszcze chwilę temu była tak blisko, że niemal odbierała mu rozum. Żar w jego ciele zniknął. Las wydawał się nagle cichszy, jakby ktoś zdjął z niego niewidzialny ciężar, choć w tej ciszy wciąż było coś nienaturalnego, coś, co nie pozwalało mu się w pełni uspokoić.

Powoli, z ogromnym wysiłkiem, uniósł się na rękach, zaciskając zęby, kiedy ból przeszył jego ciało, a obraz przed oczami na moment się rozmazał. Wtedy znów na nich spojrzał.

Na trzech mężczyzn. Czy to oni go uratowali?

Stali kilka metrów od niego, wyraźni na tle szarzejącej mgły, zupełnie niepasujący do tego miejsca, jakby pojawili się z innego świata. Jeden z nich, wysoki blondyn, wysunął się lekko do przodu, a jego postawa była jednocześnie spokojna i niepokojąco pewna, jakby dokładnie wiedział, co się tu wydarzyło. Jakby dla niego to wszystko było normalne.

Adam poczuł coś na kształt ulgi, słabej i niepewnej, ale jednak obecnej, bo cokolwiek się stało, ci ludzie nie wyglądali jak to coś, co chciało go zabić.

— Już dobrze — powiedział blondyn spokojnym, niskim głosem. — Jesteś bezpieczny.

Te słowa powinny były go uspokoić.

Powinny.

Adam spojrzał na niego, próbując uchwycić się tej pewności, tego spokoju, który bił z jego tonu, ale zanim zdążył naprawdę w to uwierzyć, jego wzrok, zupełnie mimowolnie, przesunął się za plecy mężczyzn. I wtedy wszystko się rozpadło.

Między drzewami, w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą była tylko mgła, zaczęły formować się sylwetki. Trzy.

Zbyt znajome. Zbyt rzeczywiste. Cienie.

Te same, które widział tamtego dnia.

Te same, które wróciły dziś.

Nie były wyraźne, nie miały ostrych krawędzi ani twarzy, a jednak ich obecność była przytłaczająco konkretna, jakby sama rzeczywistość wokół nich uginała się pod ich ciężarem. Poruszały się powoli, niemal leniwie, ale w tej powolności było coś nieuniknionego, coś, co sprawiało, że każdy ich krok wydawał się bliższy, niż powinien.

Adam poczuł to natychmiast. Chłód.

Nie zwykły, nie fizyczny, ale głęboki, przenikający, jakby ktoś wlewał lód bezpośrednio do jego myśli, zaciskając je, spowalniając, odbierając mu zdolność logicznego myślenia. Oddech uwiązł mu w gardle, a serce zaczęło bić szybciej, chaotycznie, jakby próbowało wyrwać się z klatki piersiowej.

Spojrzał przerażony na mężczyzn.

Żaden z nich nie reagował. Nie odwrócili się. Nie patrzyli w tamtą stronę.

Jakby nic nie widzieli.

Blondyn zrobił kolejny krok w jego stronę, wyciągając lekko rękę, jakby chciał go uspokoić.

— Nic ci nie grozi — powtórzył spokojnie, widząc nagłą zmianę na twarzy chłopca.

Adam jednak pokręcił głową, czując, jak panika zaczyna przejmować nad nim kontrolę, bo to było kłamstwo — może nieświadome, może wypowiedziane w dobrej wierze, ale jednak kłamstwo, bo to coś tam było i zbliżało się, i było tylko kwestią czasu, aż znów będzie przy nim.

Gdy Chris zauważył, że chłopak nadal cofa się krok po kroku, dodał ostrzej:

– Nie rób głupstw, chłopcze…

Jeden z cieni poruszył się odrobinę szybciej. I to wystarczyło.

Wspomnienie wróciło nagle, ostre i nieprzyjemne — klasa, ten moment, kiedy cień był tak blisko, że prawie go dotknął, i to uczucie, jakby jego umysł zaczynał zamarzać, jakby ktoś próbował go wyłączyć od środka.

Nie. Nie pozwoli na to drugi raz.

Instynkt ucieczki uderzył w niego z taką siłą, że niemal zagłuszył ból.

Adam spróbował się podnieść i choć jego ciało zaprotestowało natychmiast, nogi ugięły się pod nim, a świat na moment zawirował, zmusił się do ruchu, do zrobienia pierwszego kroku, a potem kolejnego.

— Zostań tam, gdzie jesteś! — usłyszał za sobą.

Nie posłuchał. Nie mógł. Bo cienie były już za blisko.

Odwrócił się i rzucił w głąb lasu, ignorując wszystko poza jednym — potrzebą oddalenia się od tego chłodu, od tej obecności, od tego czegoś, co nie powinno istnieć.

Bieg był chaotyczny, nierówny, pełen potknięć i uderzeń o gałęzie, ale nie zatrzymywał się, nawet gdy ból narastał, nawet gdy oddech zaczął palić go w płucach, a obraz przed oczami rozmazywał się coraz bardziej.

Czuł ich obecność. Nie musiał się odwracać. Ten chłód był jak ślad. Jak oddech na karku. Z każdym krokiem coraz bliższy.

Jego nogi stawały się cięższe, mniej posłuszne, jakby ciało powoli się wyłączało, odmawiając dalszej współpracy, aż w końcu jeden krok był o ułamek sekundy za wolny, o ułamek za słaby.

Potknął się. I tym razem nie zdołał już wstać.

Upadł ciężko na ziemię, czując, jak resztki sił odpływają z niego bezpowrotnie, a świat zaczyna się zamykać, ciemnieć na krawędziach, jakby ktoś powoli gasił światło.

Usłyszał kroki. Ktoś do niego dobiegł.

Z trudem otworzył oczy, widząc rozmazaną sylwetkę pochylającą się nad nim.

Blondyn.

Coś mówił, ale słowa nie docierały już do jego świadomości.

Adam spróbował jeszcze przez chwilę się skupić, zrozumieć, co się dzieje, ale to uczucie chłodu znów go dosięgnęło, delikatne, ale wystarczające, by odebrać mu resztki kontroli.

A potem wszystko zniknęło.



Po chwili cała niepewność Chrisa zniknęła. Początkowo widząc do czego zdolny jest chłopiec przed nim, myślał, że jest jednym z Rycerzy Mroku. Jednak teraz...

Sposób, w jaki na nich patrzył.

To nie była wrogość.

To nie była ulga.

To był strach.

Prawdziwy, surowy strach, jaki widzi się u kogoś, kto pierwszy raz miał do czynienia ze światem magii.

Chris zrobił krok w jego stronę, starając się nie wykonywać żadnych gwałtownych ruchów. Wiedział, jak łatwo przestraszyć osobę, która właśnie przeżyła coś takiego. Zwłaszcza kogoś, kto najwyraźniej nigdy wcześniej nie miał styczności z magią.

— Już po wszystkim — powiedział spokojnie, utrzymując równy ton głosu. — Jesteś bezpieczny.

Chłopak na moment wyglądał, jakby chciał w to uwierzyć.

Ale tylko przez moment.

Chris zauważył zmianę natychmiast — rozszerzone źrenice, napięcie w ciele, oddech, który nagle przyspieszył. To nie był zwykły strach. To była reakcja kogoś, kto wciąż widzi zagrożenie.

Chris zrobił kolejny krok w stronę chłopca, wyciągając lekko rękę, by go uspokoić.

— Nic ci nie grozi — powtórzył spokojnie, widząc nagłą zmianę na twarzy chłopca.

Jednocześnie zmarszczył lekko brwi w zastanowieniu.

„Szok” — pomyślał odruchowo.

Nic dziwnego. Najpierw atak Hygera, potem eksplozja własnej, niezrozumiałej mocy… umysł chłopaka mógł po prostu nie wytrzymać.

— Hej — spróbował jeszcze raz, spokojniej. — Spójrz na mnie. To koniec—

Nie zdążył dokończyć.

Chłopak wstał z trudem na nogi.

Zbyt gwałtownie, zbyt chaotycznie jak na kogoś w takim stanie. Zaczął cofać się w stronę lasu.

– Nie rób głupstw, chłopcze…

Chłopiec zachwiał się, prawie upadł, ale mimo to rzucił się prosto w zarośla.

Chris zaklął cicho pod nosem.

— Xan.

— Już.

— Nie przestraszcie go bardziej — dodał szybko. — Jest w szoku.

I ruszył.

Nie sprintem, nie jak do walki — tylko szybko, kontrolując tempo, tak żeby nie doprowadzić do paniki, ale jednocześnie nie stracić chłopaka z oczu.

Adam biegł nierówno.

To była pierwsza rzecz, którą Chris zauważył.

Każdy jego krok był wymuszony, jakby ciało odmawiało współpracy, ale było zmuszane do ruchu siłą woli. Potykał się o korzenie, wpadał na gałęzie, jego tor biegu był chaotyczny, nieprzewidywalny.

„Za długo nie pociągnie, ale ma w sobie dużo siły.” — ocenił szybko Chris.

— Zatrzymaj się! — rzucił w jego stronę, tym razem głośniej.

Brak reakcji.

Chłopak nawet się nie obejrzał.

Quinn pojawił się obok Chrisa, poruszając się lekko, niemal bezszelestnie, choć wokół jego dłoni wciąż przeskakiwały drobne wyładowania.

— Nie wygląda na kogoś, kto wie, co robi. — zauważył.

— Bo nie wie — odpowiedział krótko Chris. — Ucieka instynktownie.

Xan poruszał się nieco szerzej, wykorzystując teren, skracając dystans od boku.

— To nie jest Rycerz Mroku — dodał po chwili. — Gdyby był, już by walczył lub zniknął w portalu.

Chris skinął lekko głową.

Też to widział.

Brak kontroli. Brak celu. Czysta, chaotyczna ucieczka. To był chłopak, który zobaczył za dużo i nie rozumiał niczego z tego, co się wydarzyło.

A to, co zrobił przed chwilą… ta energia…

Chris zmrużył oczy.

„To trzeba będzie wyjaśnić. Ale nie teraz.”

Adam zwolnił.

Ledwo zauważalnie na początku, ale dla Chrisa to było oczywiste. Jego ruchy stawały się coraz cięższe, mniej skoordynowane. Ramiona opadły, oddech był zbyt szybki, zbyt płytki.

— Już go mamy — powiedział spokojniej.

— Żywy by się przydał — mruknął Quinn półgłosem.

— Nie „przydał” — poprawił go Chris chłodno. — On ledwo stoi.

Jeszcze kilka kroków.

Jeszcze chwila.

I wtedy— chłopak potknął się.

Tym razem nie odzyskał równowagi.

Upadł ciężko na ziemię.

Nie podniósł się.

Chris był przy nim pierwszy.

Natychmiast uklęknął i odwrócił go na plecy, jedną ręką stabilizując jego kark.

— Spokojnie… — rzucił odruchowo, choć wiedział, że chłopak może już go nie słyszeć.

Adam był blady.

Zbyt blady.

Jego oddech był płytki, urywany, jakby każdy wdech wymagał ogromnego wysiłku.

Chris położył dłoń na jego klatce piersiowej, wyczuwając rytm.

Słaby. Nieregularny.

— Jest źle — powiedział krótko.

Quinn natychmiast się skupił.

— Ile mamy czasu?

— Mało.

Xan rozejrzał się czujnie, ale nie widząc bezpośredniego zagrożenia, cofnął się o krok.

— Musimy go stąd zabrać.

Chris nie odpowiedział.

Już działał.

Bez wahania wsunął jedną rękę pod plecy chłopaka, drugą pod jego nogi i podniósł go ostrożnie, ale pewnie. Adam był lekki. Mężczyzna zastanawiał się jak ktoś tak wątły, w takim stanie miał tyle siły by uciec.

Jego głowa opadła bezwładnie na ramię Chrisa. Oddech był jeszcze płytszy.

— Quinn. Teraz.

Quinn uniósł rękę.

Tym razem nie było czasu na subtelność.

Energia eksplodowała wokół jego dłoni, a powietrze przed nimi dosłownie pękło, rozrywając się na świetlistą szczelinę. Portal otworzył się gwałtownie, jego krawędzie pulsowały niestabilnym, błękitnym światłem.

— Gotowe!

Chris nie zwlekał ani sekundy.

Ruszył prosto w stronę światła, trzymając chłopaka stabilnie, dbając o to, by nie pogorszyć jego stanu.

Xan wszedł zaraz za nim.

Quinn zamknął pochód, odwracając się jeszcze na moment, jakby sprawdzał, czy nic za nimi nie podąża.

Potem zniknął w portalu.

Świetlista szczelina zamknęła się z ostrym trzaskiem.

Las znów był spokojny. Ale to, co się w nim wydarzyło… jeszcze się nie skończyło.