Rozdział 1
## Perspektywa Anji
Niegdyś światy czarownic i watah były oddzielone linią nienawiści i wzajemnej niechęci. Wszystko zmieniło się siedem lat temu, w jeden deszczowy wieczór, kiedy w gęstwinie lasu znalazłam rannego chłopaka.
Miałam zaledwie szesnaście lat i nie należałam do wysportowanych dziewczyn. Kiedy zobaczyłam go w lesie, byłam przerażona. Był potężny, wysoki, z ramionami szerokimi niczym pień starego dębu – nawet nieprzytomny wydawał się niebezpieczny. Przeciągnięcie go do osady było najcięższym wysiłkiem mojego życia. Kiedy dotarłam na miejsce, byłam zalana jego krwią, która lepiła się do moich dłoni, wymieszana z moim własnym, słonym potem.
Starszyzna zareagowała natychmiastowym wykluczeniem.
- To wilkołak! – grzmieli, a ich głosy niosły się echem po placu. – Pozbądź się go, Anja!
Wstawiłam się za nim, drżąc na całym ciele, ale czując dziwną pewność, która nie pochodziła z mojego rozumu, lecz z samego serca. Obiecałam, że będę za niego odpowiadać, że przejmę pełną winę za każde jego zachowanie. Zgodzili się.
Gdy wychodziłam od Starszyzny, wtedy ją zobaczyłam. Rebecca. Stała w cieniu drzew, otoczona grupą adoratorów, którzy chłonęli każde jej słowo. W wieku dziewiętnastu lat była ucieleśnieniem doskonałości – wysoka, z biustem, który przyciągał wzrok jak magnes, i twarzą, która wyglądała jak namalowana przez najlepszego artystę. Nie to co ja: dziewczyna, którą większość wolała omijać wzrokiem. Nosiłam niemodne, druciane okulary, które przy najmniejszym ruchu zsuwały mi się na czubek nosa, a moja sylwetka była daleka od smukłej, co czyniło każdy mój krok ciężkim. Jedynym, co w sobie lubiłam, były moje rude włosy, choć i tak zazwyczaj wyglądały jak niechlujna kopka siana.
Kiedy jej wzrok padł na mnie, na moją zakrwawioną koszulę i drżące dłonie, zaśmiała się – dźwiękiem przypominającym świst wiatru.
- Musiałaś znaleźć rannego kundla, żeby jakikolwiek facet w ogóle na ciebie spojrzał, Anja? – rzuciła z kpiną, która wbiła się w moją skórę mocniej niż kolce cierni.
Poczułam, jak krew uderza mi do twarzy. Byłam dla niej tylko pośmiewiskiem, „brzydką kuzynką”, która nie potrafi nawet poprawnie nucić prostego zaklęcia bez jąkania się. Nie wiedziała jednak, że kiedy dotykałam rany nieznajomego, poczułam wibrację. To było jak pierwsze uderzenie pioruna w mojej duszy.
Opiekowałam się nim nieprzerwanie. Przez kilka dni miał bardzo wysoką gorączkę – to były najgorsze chwile mojego życia. Myślałam, że mi umrze, ale w końcu stan się ustabilizował.
Aż w końcu się obudził. Podniósł powieki, ukazując oczy w hipnotyzującym kolorze błękitu.
- Cześć - powiedziałam niepewnie.
- Cześć - odparł ochrypłym, magnetycznym głosem. Chwycił w palce kilka kosmyków moich luźno zwisających włosów. - Iskierko - dodał, obdarzając mnie tym swoim rozbrajającym uśmiechem z dołeczkiem w policzku. Od razu pokochałam to przezwisko.
Teraz, gdy odzyskał przytomność, łatwiej było wszystko ogarnąć. Dzieliłam czas na zajmowanie się nim, szkołę, zajęcia z zaklęć i dom. Po śmierci rodziców, gdy miałam czternaście lat, teoretycznie powinnam zamieszkać z rodziną mojej ciotki. Szybko jednak stało się jasne, że to nie zadziała – Rebecca nie przepuściła żadnej okazji, by mnie poniżyć. Wujostwo, choć kochało córkę, nie byli ślepi na jej zachowanie. Zamiast zmuszać mnie do wspólnego mieszkania, zaproponowali rozsądny kompromis: wróciłam do mojego rodzinnego domu, a oni zapewnili mi opiekę, posiłki, ubranie, książki, takie tam przyziemne rzeczy. Codziennie przychodziłam do nich lub ciocia przynosiła mi jedzenie, by mieć pewność, że niczego mi nie brakuje. Teraz jednak to Kaleb dzielił ze mną tę przestrzeń, czyniąc to miejsce czymś więcej niż tylko pustym domem. A gdy zaczął wstawać z łóżka, dość szybko przejął domowe zajęcia w ramach podziękowania za opiekę.
Opowiadał mi o sobie, o ataku na watahę, o swoim wilku – Finnie. A ja otwierałam się przed nim w sposób, w jaki nie potrafiłam z nikim innym. Tak zaczęło się nasze wspólne życie. Kaleb stał się nie tylko moim gościem, ale jedynym powiernikiem w świecie, w którym czułam się coraz bardziej obco.
– Aaaa, znowu to samo! – zawołałam sfrustrowana, opadając ciężko na kanapę w salonie.
– Zaklęcia? – zapytał, przyglądając mi się uważnie. Dobrze wiedział, jak bardzo mnie to boli.
– Gdy tylko próbuję zacząć nucić, coś mnie blokuje – wyznałam, krzyżując dłonie na piersi. – To uczucie, jakby coś dusiło mnie w gardle. Nie jestem w stanie wykrzesać z siebie ani krzty magii.
Kaleb zamyślił się na chwilę, po czym spojrzał na mnie swoimi błękitnymi oczami.
– A może podchodzisz do tego w niewłaściwy sposób? – zaproponował łagodnie. – Gdy świeżo otrzymałem dar wilka, Finn był w mojej głowie czystym chaosem. Nie potrafiłem go okiełznać, dopóki nie nauczyłem się wyciszać zmysłów. Mój wilk zasugerował, bym przestał walczyć z głosem, a zaczął go po prostu… słuchać.
Jego słowa do mnie trafiły. I tak zaczęły się nasze wyprawy do lasu na medytacje. Kaleb też nie próżnował; mimo że jego rany po ataku wciąż się goiły, z uporem maniaka wracał do treningów fizycznych. Obserwowałam go z podziwem, widząc, jak z każdym dniem odzyskuje swoją drapieżną formę.
Któregoś popołudnia, patrząc na jego skupioną twarz, zapytałam nieśmiało:
– Czy… czy mógłbyś potrenować też ze mną? Skoro magia mi nie wychodzi, muszę przynajmniej nauczyć się bronić w inny sposób.
Kaleb uśmiechnął się – był to jeden z tych rzadkich, szczerych uśmiechów, które sprawiały, że zapominałam o całym świecie.
– Z przyjemnością, Iskierko. Nauczę cię wszystkiego, co wiem.
Treningi z Kalebem stały się dla mnie czymś więcej niż nauką walki. Byłam nim zauroczona – nie tylko jego siłą, ale tym, jak naturalnie traktował mnie jak człowieka, a nie jak popychadło, do czego przyzwyczaiła mnie reszta klanu. Z każdym dniem nasza więź zacieśniała się poprzez dotyk, gdy poprawiał moją postawę, korygował chwyt, a kiedy podczas ćwiczeń upadałam pod jego ciężarem, przez ułamek sekundy nasze ciała stykały się w sposób, który sprawiał, że tlen w moich płucach zamieniał się w ogień.
Mimo rozproszenia jego dotykiem, robiłam postępy. Któregoś dnia udało mi się! Wykorzystałam jego chwilę nieuwagi i zwaliłam go z nóg. Znalazł się pod moimi stopami, a ja, nie myśląc o konsekwencjach, przygwoździłam go swoim ciężarem, siadając okrakiem na jego biodrach.
Ciężko dyszałam, wciąż czując adrenalinę, a moje dłonie spoczęły na jego wyrzeźbionej, gorącej klatce piersiowej. Uśmiechnęłam się triumfalnie od ucha do ucha, dumna z siebie jak nigdy dotąd. Ale wtedy dotarło do mnie, gdzie jestem i co robię. Kaleb znieruchomiał, a w jego błękitnych oczach na moment błysnęło coś drapieżnego. Gwałtownie usiadł, co sprawiło, że nasze twarze znalazły się zaledwie centymetr od siebie. W tej bliskości, w zapachu jego skóry, poczułam się tak obnażona, że stchórzyłam. Uciekłam, nie oglądając się za siebie.
Od tego dnia treningi stały się niezręczne. Kiedy więc nadszedł czas cotygodniowego raportu dla Rady – gdzie musiałam szczegółowo opisywać aktywności mojego „gościa” – na propozycję, by Kaleb zaczął trenować także innych, przystałam z ulgą.
Był to największy błąd, jaki mogłam popełnić.
Nagle wszyscy zaczęli się nim interesować. Nastolatki z klanu, z Rebeccą na czele, nagle poczuły palącą potrzebę nauki samoobrony. Gdy zobaczyły go na żywo – potężnego, spoconego i często ćwiczącego bez koszulki – straciły głowy. Kaleb nie lgnął do towarzystwa, był chłodny i zdystansowany, co tylko jeszcze bardziej je nakręcało.
– Cześć, Wilku – Rebecca zawsze witała go w ten sam wyzywający sposób, podkreślając swoją obecność. – Może pokażesz mi jeszcze raz tę pozycję? – mrugnęła do niego, wyraźnie flirtując.
Kaleb nawet na nią nie spojrzał, poprawiając swój chwyt na drewnianym mieczu.
– Rebecca, pokazałem ci to już kilkanaście razy. Nawet młodsze od ciebie dzieciaki to zrozumiały – odparł z chłodnym spokojem. – Zresztą, jeśli chcesz, Iskierka może ci to zademonstrować. Jest w tym najlepsza.
Wskazał na mnie, a w jego głosie pobrzmiewała nuta ciepła, która była tak sprzeczna z jego zachowaniem wobec reszty. Ale ja wiedziałam swoje – to wszystko było grą pozorów, żeby móc mnie, tak jak reszta, zranić.








