Rozdział 1
## Perspektywa Luca
Właśnie przemierzałem miasto na moim ukochanym ścigaczu – czarnym, ryczącym Ducati Panigale. Niestety, nie byłem w stanie rozwinąć na tych zatłoczonych ulicach wystarczającej prędkości, by choć na chwilę odciąć się od świata i uciszyć goniące w mojej głowie myśli.
„Pieprzona Rada…” warknąłem w myślach do swojego wilka, Ivo, czując, jak wzbiera we mnie czysta frustracja. „Znów bezczelnie wtrącają się w to, jak zarządzam watahą Promienis Księżyca. Przekraczają granice”, warknąłem w myślach.
„Przynajmniej Radny Arthur trzyma naszą stronę, ma jeszcze w sobie dawny rozsądek” odezwał się w mojej głowie Ivo, próbując mnie nieco pocieszyć. Jego głęboki głos zazwyczaj działał na mnie uspokajająco, ale nie dzisiaj.
„I co z tego? To wciąż tylko jeden głos przeciwko tamtej dwójce” odpowiedziałem z goryczą.
„Cecylię jeszcze dałoby się przekonać, to elegancka kobieta, potrafi słuchać argumentów. Ale Bart? Ten stary, uparty dureń zawsze jest na ‘nie’, tylko dlatego, że czerpie satysfakcję z blokowania moich decyzji” Ivo parsknął mentalnie, podzielając moją niechęć.
Nagle przed moimi oczami rozbłysły czerwone światła. Serio? Ile jeszcze tych cholernych skrzyżowań muszę zaliczyć, zanim w końcu wyrwę się z tego tłoku i będę naprawdę wolny?
Zatrzymałem maszynę, a mój wzrok mimowolnie powędrował przed siebie. Dwa pojazdy dalej, na małym, zgrabnym motocyklu – typowej dwustu pięćdziesiątce idealnej do przeciskania się przez miejskie korki – siedziała drobna postać. Po idealnie zarysowanej sylwetce, wąskiej talii i zgrabnych biodrach natychmiast rozpoznałem, że to kobieta.
Pierwsze, co dosłownie przykuło moją uwagę, to niesamowity, hipnotyzujący ruch jej nóg. Zamiast stać nieruchomo, jak większość motocyklistów, którzy opuszczają tylko jedną stopę, a drugą trzymają na podnóżku, ona postawiła obie nogi na asfalcie i… tańczyła. Unosiła stopy w górę i w dół – palce, pięty, potem kręciła nimi subtelne kółeczka, jakby poruszała się w rytm jakiejś szalonej muzyki ukrytej w jej głowie. Po chwili zaczęła odsuwać stopy na boki i znów je zbliżać, odtwarzając idealne kroki klasycznego rock’n’rolla. To było niesamowicie intrygujące. Biła od niej tak rzadko spotykana, naturalna swoboda, że nie mogłem oderwać wzroku.
Światła w końcu zmieniły się na zielone i ruszyliśmy. Nie gnała na złamanie karku, jechała spokojnie, absolutnie przepisowo, czerpiąc czystą radość z samej jazdy. Na kolejnym skrzyżowaniu los mi sprzyjał – zatrzymaliśmy się ponownie, ale tym razem stanąłem na moim Ducati tuż za nią.
Dziewczyna ani na sekundę nie straciła swojego humoru. Znów powtórzyła ten sam taneczny rytm stopami, a w pewnym momencie nawet lekko, niezwykle kusząco zakołysała tyłkiem na skórzanym siedzeniu. Korzystając z okazji, przyjrzałem jej się bliżej.
Miała na sobie dopasowaną, czarną skórzaną kurtkę motocyklisty i idealnie leżące dżinsy, które podkreślały jej zgrabne, długie nogi. Jej głowę chronił pełny, zamknięty kask, na którym ktoś – prawdopodobnie ona sama – narysował białym korektorem urocze główki stokrotek. Dopiero po chwili mój wzrok zszedł niżej i zauważyłem coś, co sprawiło, że uniósł mi się kącik ust: na stopach miała zwykłe trampki z jaskrawymi, kolorowymi sznurówkami. Totalne szaleństwo i brak odpowiedzialności, jeśli chodzi o motocyklowe bezpieczeństwo, ale z drugiej strony, przy jej tempie jazdy, nie wydawało się to niebezpieczne, a wyglądało to po prostu uroczo.
Jej postawa była zupełnie inna niż u większości ludzi, których spotykałem na drogach. Dla wielu facetów i nadętych lasek motocykl to tylko narzędzie do szpanu, pokazówka pod tytułem: „Patrzcie, jaki mam drogi sprzęt”. Dla niej ten motor był czymś więcej – był przedłużeniem jej samej, strefą komfortu, w której czuła się beztrosko.
Ta jej radość jest wręcz zaraźliwa mruknąłem pod nosem, łapiąc się na tym, że na mojej twarzy zagościł szczery uśmiech. W jednej sekundzie cała ta cholerna Rada, Bart i polityka watahy po prostu wyparowali mi z głowy. Liczyło się tylko jedno: musiałem się dowiedzieć, czego ona, do diabła, słucha.
Światła znowu się zmieniły. Moja droga prowadziła prosto, ale ona nagle wrzuciła kierunkowskaz i skręciła w boczną uliczkę. Nie myśląc ani sekundy, pociągnąłem za kierownicę i ruszyłem za nią.
„Alfo?” Usłyszałem w głowie pytający głos jednego z dwóch wojowników, którzy jechali na swoich maszynach kawałek za mną.
„Jedźcie dalej prosto do domu. Muszę tylko coś sprawdzić, zaraz was dogonię” rzuciłem krótko przez link, nie znoszącym sprzeciwu tonem.
Na kolejnym, mniejszym skrzyżowaniu byliśmy już zupełnie sami. Wykorzystałem moment, podjechałem płynnie tuż obok niej i delikatnie, niemal niezauważalnie klepnąłem ją w ramię, żeby jej nie wystraszyć. Kiedy odwróciła głowę w moją stronę, podniosłem przyciemnianą szybkę swojego kasku. Pokazałem ręką na ucho i zapytałem głośno, przekrzykując mruk naszych silników:
– Czego słuchasz?!
Dziewczyna natychmiast zrozumiała mój gest. Przez jej kask nie widziałem twarzy, ale poczułem, że się uśmiecha. Wyciągnęła z kieszeni telefon i odwróciła ekran w moją stronę, pokazując mi playlistę. Moje oczy szybko prześlizgnęły się po tytułach – to była niesamowita mieszanka. Królowały tam energetyczne, stare kawałki z lat 80., ale przeplatały się z nowoczesnymi, dynamicznymi hitami. Zapamiętałem kilka bieżących utworów, przy których musiała podrygiwać chwilę temu.
Światło zmieniło się na zielone.
– Dzięki! – rzuciłem z uśmiechem, opuszczając szybkę.
Ona odpowiedziała mi energicznym, wesołym skinieniem głowy, po czym dodaliśmy gazu i odjechaliśmy w zupełnie różnych kierunkach.
W drodze powrotnej do terytorium watahy, gdy mogłem już rozwinąć na bezpiecznych leśnych drogach moje upragnione 250 km/h, włączyłem w interkomie te same utwory, które podejrzałem na jej telefonie. Muzyka pulsowała w moich uszach, a przed oczami wciąż miałem jej tańczące stopy. To niesamowite, ale ta krótka chwila całkowicie zresetowała moje złe samopoczucie.
## Perspektywa Anikki
– Jeśli dzwonisz do mnie tylko po to, żeby po raz setny opowiedzieć mi o tych niesamowitych, granatowych oczach, które rzekomo przeszyły twoją artystyczną duszę, na skrzyżowaniu, to przysięgam, że się rozłączam – usłyszałam w słuchawce surowy, choć wyraźnie rozbawiony głos mojej przyjaciółki, Kate.
– Nie, obiecuję! Dzwonię w zupełnie innym temacie! – zapewniłam ją szybko, choć poczułam, jak moje policzki lekko się czerwienią.
– Taa, jasne. A tak w ogóle… znalazłaś już dla nich odpowiednie otoczenie? – ciągnęła temat, mimo że przed chwilą groziła rzuceniem słuchawki. Znałam ją zbyt dobrze, by dać się nabrać na tę udawaną obojętność.
– Yhy… – mruknęłam tylko pod nosem.
– No nie wierzę! Która z postaci w twojej nowej grze dostanie takie spojrzenie? – Kate znała mnie na wylot. Poznałyśmy się na studiach, spędziłyśmy lata w jednym pokoju w akademiku i ta przyjaźń trwała nieprzerwanie od dekady. Ona była genialnym architektem wnętrz, ja żyłam w świecie kodu, pisząc i projektując gry komputerowe. Doskonale wiedziała, jak działa mój mózg: jeśli w świecie rzeczywistym zachwycił mnie jakiś kolor, kształt, budowla, czy chociażby ludzkie usta, potrafiłam obsesyjnie o tym myśleć tak długo, aż nie wplotłam tego detalu do swojego najnowszego cyfrowego projektu.
A tamten motocyklista… Cóż, jego oczy, głębokie i ciemne jak nocne niebo, po prostu mną zawładnęły.
– Żadna postać – przyznałam po chwili wahania, bębniąc palcami o blat biurka. – Nie pasowały mi do żadnego człowieka w grze. Ale… stworzyłam sobie z nimi niesamowity wygaszacz ekranu…. I tło na pulpicie, też
– Wow! Ale cię trafiło, dziewczyno! To coś zupełnie nowego – w jej głosie brzmiało szczere zdziwienie. Sama byłam zaskoczona własną reakcją. Zazwyczaj zostawiałam inspiracje w świecie wirtualnym, ale te oczy potrzebowały czegoś więcej. – I co teraz? Dwoje ślepiów gapi się na ciebie bezczelnie za każdym razem, gdy włączasz komputer?
– Właściwie… dałam im całe ciało.
– Oho! Mam nadzieję, że jest cholernie gorące i warte grzechu?
– Niezupełnie… Umieściłam te oczy w ciele zwierzęcia.
– Eee, słabo. Co to jest? Jakiś słodki kot?
– Wilk – ucięłam, czując na plecach dziwny dreszcz.
– Wilk?
– Tak, jakoś idealnie mi to współgrało. Próbowałam dopasować je do różnych modeli, ale dopiero przy potężnym, czarnym wilku zyskały tę niesamowitą, hipnotyzującą głębię.
– Anikka, zdecydowanie za dużo pracujesz i brakuje ci faceta z krwi i kości! – zaśmiała się Kate. – Ale dobra, do sedna. Miałaś mi coś powiedzieć, zanim znów odpłynęłaś w stronę swojego tajemniczego nieznajomego z drogi.
Nie zamierzałam jej prostować, że to ona pierwsza wywołała temat oczu. Potrzebowałam od niej przysługi, a z Kate w takich momentach należało postępować jak z jajkiem.
– Powiedz mi… czy ty nadal masz kontakt z tą koleżanką, która prowadzi ten popularny bar w centrum?
– Mówisz o Sylwii? Tak, jasne. A co z nią?
– Piszę teraz nową grę, która opiera się na zręczności kelnera i mechanice szybkiego serwowania drinków. Potrzebuję trochę praktyki w prawdziwym życiu, żeby złapać realizm, poczuć ten stres, dynamikę ruchów, interakcję z klientem… Chciałabym popracować u niej przez jakiś czas.
– Ale ty za dwa tygodnie wyjeżdżasz na zasłużone wczasy! – W słuchawce natychmiast włączył się jej dobrze mi znany, „matczyny” ton. Kate święcie wierzyła, że gdyby nie jej interwencje, zamieniłabym się w robota programującego gry przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Jako maniaczka zdrowego stylu życia, sportu i fitnessu, bezlitośnie wyciągała mnie z domu przynajmniej trzy razy w tygodniu na wspólne treningi, aerobik czy basen, dbając o moją sylwetkę i zdrowie psychiczne.
– Właśnie dlatego chcę to zrobić teraz! Poćwiczę parę dni, a po powrocie z urlopu, ze świeżą głową, usiądę do kodowania. Przecież wiesz, że na wyjazd nie zabieram laptopa. Pomyśl o tym w ten sposób: zamiast siedzieć wieczorami w ciszy przed monitorem, będę między ludźmi, w ruchu, z daleka od ekranu. To idealny kompromis!
Moja argumentacja w końcu trafiła do jej rozsądku. Usłyszałam ciężkie westchnienie.
– No dobrze, brzmi to logicznie. Ale wiesz, że w przyrodzie nic nie ma za darmo, prawda?
– No nie… Co znowu chcesz? – jęknęłam dramatycznie.
– Jedziesz w góry, będziesz całe dnie chodzić po szlakach w dresach, więc żadne eleganckie sukienki nie będą ci przez ten czas potrzebne…
– O nie! Zapomnij! – przerwałam jej natychmiast. – Ilekroć pożyczasz moje ciuchy, znikają w czarnej dziurze i nigdy nie wracają!
– Oj tam, przesadzasz. Tylko dwa razy się tak wydarzyło!
– Bo za trzecim razem sama musiałam włamać się do twojej szafy i je stamtąd wynieść! A teraz, jak wyjadę, zrobisz nalot na moją garderobę i nawet nie będę wiedzieć, co mi ukradłaś!
– Widzisz? Masz tak dużo pięknych rzeczy, że nawet nie zauważysz braku kilku sztuk. No weź, Anikka… Chyba zależy ci na tym, żebym zadzwoniła do Sylwii i załatwiła ci ten bar?
– Jesteś absolutnym potworem i manipulatorką! – poddałam się z rezygnacją, choć na moich ustach błąkał się uśmiech. – Dobra, zgoda. Ale trzymaj swoje łapy z daleka od tej nowej, granatowej sukienki i małej czarnej. Jasne?
– Oczywiście, słowo honoru! – W słuchawce usłyszałam radosne klaśnięcie w dłonie. – Daj mi godzinę, zadzwonię do Sylwii i dam ci znać, kiedy możesz zaczynać swoją barmańską przygodę.








