Rozdział 1
## Perspektywa Aine
– Błagam, poczekaj! – krzyknęłam, wymachując desperacko ręką, choć wiedziałam, że to bezcelowe.
Statek, wielka, biała góra stali, która miała być moją przepustką do czterotygodniowego raju, właśnie oddalał się od nabrzeża z przeciągłym, drwiącym rykiem klaksonu. Patrzyłam, jak odległość między molo, a pokładem powiększa się w zastraszającym tempie, a wraz z nią topnieje moja szansa na upragniony spokój.
Warknęłam pod nosem, czując falę irytacji. Sama do tego doprowadziłaś, pracoholiczko, szepnęła gdzieś w mojej głowie złośliwa część mojej natury. To była prawda. Jako pisarka nigdy nie miałam sztywnych godzin pracy – moja “biurowość” ograniczała się do laptopa w łóżku i kubka kawy, która zazwyczaj stygła, zanim zdążyłam wziąć pierwszy łyk.
Ale ten tydzień był wyjątkowy. Ostatni rozdział mojej najnowszej książki dla dzieci tak mocno zawładnął moimi myślami, że straciłam poczucie czasu. Kiedy w końcu postawiłam kropkę, a moja redaktorka przesłała mi maila z entuzjastycznym “To będzie hit!“, byłam tak wyczerpana, że wpadłam w rodzaj transu.
Postanowiłam wtedy, że pora wziąć oddech od pisania. Co oznaczało “prawdziwe wakacje” – nie takie skradzione na pół dnia – i całkowite nieanalizowanie fabuły. A potem, w drodze do portu, w mojej głowie zaczęły rodzić się pierwsze szkice nowej historii. Przez to nie zauważyłam, jak czas nieubłaganie uciekał.
Uwielbiałam pisać, ale znajdowałam też czas na zdrowe życie, choć i tego musiałam się wyuczyć. Miałam nastawiony budzik na konkretną godzinę każdego dnia, by ruszyć tyłek. Może nie biegałam po parkach jak te wszystkie fit–maniaczki z idealnie dobranymi strojami do joggingu, co szczerze mnie bawiło, ale moje szybkie spacery wzdłuż wybrzeża zapewniały mi odpowiednią dawkę ruchu. Moja sylwetka, choć smukła, była wynikiem godzin spędzonych na nogach, a nie na siłowni. Nawet moje nocne maratony pisarskie nie zostawiały śladu na mojej figurze, bo moim osobistym strażnikiem był nawyk mycia zębów zaraz po kolacji – po paście do zębów nawet najpyszniejsze ciastka smakowały jak karton.
Teraz jednak, patrząc na oddalający się prom, czułam się jak kompletna amatorka. Cztery tygodnie wakacji – tydzień na statku, trzy w wynajętym domku na wyspie – właśnie rozpadały się na drobne kawałki, a wszystko dlatego, że nagle miałam natchnienie, spisałam je na szybko w komórce i przegapiłam... dwa autobusy, potem taksówka utknęła w korku i się spóźniłam.
Cofnęłam się od krawędzi molo, poprawiając szelki turystycznego plecaka. Byłam na tyle zamożna, by nie musieć przejmować się kosztami, ale nie na tyle lekkomyślna, by tracić pieniądze na głupie błędy.
Wróciłam do kas biletowych – może tam będą jakieś pozytywne wieści? W kasie siedziała starsza pani o dobrotliwym spojrzeniu. Widząc moją zrezygnowaną minę, lekko uchyliła okienko.
– Skarbie, kolejny rejs dopiero za tydzień – westchnęła, przyglądając mi się uważnie.
Czyli koniec z wakacjami. Oczywiście mogłabym kupić ten kolejny bilet, ale wiedziałam, że jeśli teraz wrócę do domu, to na pewno spiszę to, co naskrobałam w komórce, i na tym nie stanie. Zacznę tworzyć kolejny akapit, a potem rozdział, i nie obejrzę się, a minie mi cały urlop. Usiadłam na ławce w poczekalni, całkowicie zrezygnowana.
Wówczas usłyszałam, jak pani z okienka robi – psst – i macha do mnie. Podeszłam ponownie. Rozejrzała się konspiracyjnie, jakby miała wyjawić największą tajemnicę portu, i szeptem powiedziała:
– Jest jeszcze jeden statek. Odpływa za godzinę. To nie jest jednostka dla zwykłych turystów... to coś dla śmietanki. Ale... – zawahała się, ściszając głos – może jak pogadasz z kapitanem, to uda ci się go przebłagać? To twardy człowiek, ale czasami nawet lis potrafi być łaskawy, jeśli wiesz, gdzie podrapać... czy tam, zaczepić.
Nie wiedziałam, co miała na myśli, mówiąc o „lisie”. Podejrzewałam, że “podrapać” odnosiło się do zapłaty, ale ile może kosztować taka przysługa? Zresztą w tej chwili desperacja była silniejsza niż zdrowy rozsądek.
– Gdzie go znajdę? – zapytałam, prostując się.
Wskazała na odległy, niemal ukryty pirs, przy którym cumowała jednostka znacznie mniejsza, ale o wiele bardziej majestatyczna i groźna w swoim czarnym wykończeniu niż wszystkie wycieczkowce razem wzięte.
– To tam – powiedziała, a w jej oczach błysnęło coś, czego nie potrafiłam zinterpretować.
Ruszyłam w tamtą stronę, czując, jak serce zaczyna mi bić szybciej. Nie z powodu biegu, ale z powodu nieznanego, które czekało na końcu molo.
Im dalej szłam wzdłuż nabrzeża w stronę czarnego jachtu, tym bardziej czułam, że atmosfera wokół tej jednostki jest inna. Podczas gdy główny port tętnił chaotycznym życiem, tutaj panowała niemal sterylna dyscyplina. Marynarze poruszali się z precyzją, której nie widziałam u zwykłych pracowników portowych; było w nich coś drapieżnego, ukrytego pod maską profesjonalizmu. Choć muszę przyznać, że wyróżniali się też wyglądem – byli jak modele, co jeden to przystojniejszy. Zastanawiałam się, gdzie znaleźli tyle ciach!
W końcu odwróciłam od nich wzrok i skierowałam się do tych, którzy stali przy metalowej kładce i nadzorowali zaopatrzenie. Gdy tylko mnie zauważyli, jeden z nich omiótł mnie wzrokiem tak bezczelnie, że poczułam, jakby dotykał mnie fizycznie. Jego spojrzenie było zimne, a kiedy oblizał wargi, miałam wrażenie, że jego język nie jest ludzki – był zdecydowanie zbyt długi i jakby rozcięty na końcu. Cofnęłam się o krok, czując wstręt. Mimo to zagadnęłam przyjaźnie, zwracając się do starszego z nich:
– Dzień dobry, czy nie znalazłaby się jakaś wolna kajuta dla mnie? Mogłabym porozmawiać z kapitanem?
– Nie ma miejsca, dziewczyno. Nie zawracaj głowy kapitanowi – burknął ten drugi, starszy, choć w jego głosie brzmiała raczej przestroga niż niechęć.
Zanim zdążyłam odpowiedzieć, drzwi jachtu rozsunęły się i na pokładzie stanął mężczyzna o magnetycznym uśmiechu.
– Bogowie, jestem waszym dłużnikiem! – zawołał, nie odrywając ode mnie wzroku.
W jednej chwili poczułam, że to miejsce nie jest dla mnie. Instynkt, który zwykle ostrzegał mnie przed słabymi pomysłami w moich książkach, teraz wrzeszczał wniebogłosy.








