1:Złote klatki i aranżowane małżeństwa
W świecie szlacheckich dworków dziewczęta nie rodziły się po to, by marzyć, lecz po to, by być ozdobą i dumą domu. Od najmłodszych lat wbijano im do główek jedną prawdę: wartość kobiety mierzy się pozycją męża, jakiego zdobędzie przy ołtarzu. Rodzice Elizabeth i Rose uważali się za szczęśliarzy. Mieli dwie córki, a to oznaczało, że obie z nich mogły wyjść świetnie za mąż i umocnić pozycję swojej rodziny.
Dom ich dzieciństwa przesiąknięty był zapachem wosku, polerowanych mebli i wypełniony księgami, z których uczyły się, jak być wspaniałą kobietą. Ćwiczyły bezbłędne zachowanie przy stole, nienaganną postawę i grę na pianinie. Od najmłodszych lat dokładnie wiedziały, do czego zostały stworzone – żeby mierzyć jak najwyżej i oczarować przyszłych kandydatów.
Jednak los obdarzył siostry zupełnie innymi duszami. Elizabeth przyjęła te zasady z naturalną łagodnością; jej serce było pełne empatii, a w posłuszeństwie widziała szansę na niesienie dobra. Rose natomiast patrzyła na świat chłodnym, wyrachowanym wzrokiem. Dla niej arystokratyczny blichtr nie był tylko grą – był celem samym w sobie, oknem na władzę, której pragnęła ponad wszystko.
Teraz, w przeddzień najważniejszego dnia w ich życiu, dom wrzał od gorączkowych przygotowań. Jutro miał przybyć Edward – bogaty, wpływowy szlachcic, którego nazwisko otwierało każde drzwi, a którego ręka została obiecana starszej z sióstr.
Ząb kościanego grzebienia utknął w gęstych, kasztanowych włosach Elizabeth. Przeszywający ból sprawił, że dziewczyna drgnęła, ale nie podniosła głosu. Odwróciła się tylko lekko i położyła dłoń na dłoni siostry.
– Nie denerwuj się, Rose – powiedziała cicho, spoglądając na nią z miękkim uśmiechem. – Ja też się stresuję. Jutro nastąpi dzień, na który czekałam całe swoje życie.
Spojrzała w mosiężne zwierciadło, gładząc się po jedwabnej sukni. Doskonale wiedziała, jaka jest jej rola i co nakazuje jej rodowe nazwisko – będzie posłuszna, sumienna i godnie stanie u boku męża, tak jak uczono ją od dziecka.
– Nie martw się, Rose – dodała z ufną troską. – Kiedy tylko zamieszkam w jego majątku, porozmawiam z ojcem. Dopilnuję, żebyś dostała równie dobrą partię. Nie pozwolę, żebyś tu została sama. Zasługujesz na kogoś wspaniałego.
Rose wstrzymała oddech. Słowa Elizabeth były całkowicie szczere, a to bolało ją najbardziej. Wiedziała, że siostra ma dobre intencje, ale była przy tym przeraźliwie naiwna.
Rose dokładnie przanalizowała swoje możliwości i wiedziała, że Edward był jedynym młodym kandydatem w ich otoczeniu. Poza nim zostali tylko zamożni seniorzy, za jednego z których najpewniej wydadzą ją rodzice, byle tylko pozbyć się kłopotu. Zamiast pozycji i luksusu czekałby ją obowiązek opieki nad schorowanym mężem i wegetacja w cieniu cudzego majątku.
– Wiem, że nie powinnam mieć wymagań – powiedziała jeszcze Elizabeth z lekkim, niepewnym uśmiechem. – Ale bardzo bym chciała, żebyśmy się w sobie zakochali. Byłoby mi łatwiej spędzić z nim całe życie.
Zakochali... – pomyślała gorzko Rose, zaciskając palce na kościanym grzebieniu tak mocno, aż pobielały jej kłykcie. Nie dostaniesz życia jak z bajki, jeśli ja mam utknąć w tym koszmarze.
Zawiść uderzyła w nią z taką siłą, że aż pociemniało jej w oczach.
W jej głowie zaczął rodzić się plan – zimny, wyrachowany i bezwzględny, który miał zmienić losy ich obu już następnego ranka.








