1: Nowe horyzonty
— Tak mamo, jestem już na miejscu. Wylądowałam bezpiecznie. Niedługo ktoś się po mnie zgłosi. Minuty są drogie, więc będę się kończyć. Zadzwonię, gdyby coś się działo. Kocham Cię.
A więc stało się. Byłam daleko od domu, na zupełnie innym kontynencie, gotowa stawić czoła mojej pierwszej poważnej pracy. Miałam zostać guwernantką słodkiej, ośmioletniej Alison. Dziewczynka była sierotą, a opiekę nad nią przejął jej starszy brat — który najwyraźniej nie radził sobie z tym obowiązkiem, skoro musiał ściągać opiekunkę z drugiego końca świata.
Mimo niepewności była we mnie ogromna determinacja. Mama od zawsze powtarzała, że edukacja to coś, na czym absolutnie nie wolno oszczędzać. Nawet wtedy, gdy było nam bardzo ciężko, zawsze inwestowała w moją naukę i dbała o to, żebym w przyszłości potrafiła sobie poradzić. Zawsze będę jej za to niesamowicie wdzięczna. Teraz to ja chciałam pomóc jej i zrobię wszystko, żeby się jej odpłacić.
Odbierając walizkę z taśmy bagażowej, powoli rozejrzałam się po hali przylotów. Wśród tłumu dostrzegłam mężczyznę w średnim wieku, trzymającego w rękach tabliczkę z moim imieniem. Wyprostowałam się i podeszłam do niego z lekkim uśmiechem.
— Hej, to ja. Alicja — zaczęłam nieco nieśmiało w jego ojczystym języku, wskazując na napis.
— Witaj Alicjo, miło mi Cię poznać. Pozwolisz, że wezmę Twój bagaż?
Wyglądał całkiem zwyczajnie i swojsko. Biorąc pod uwagę zapowiadane stawki i majątek tej rodziny, spodziewałam się kogoś znacznie bardziej wyniosłego, wyszukanego i niedostępnego. Kamień spadł mi z serca — mój przyszły pracodawca wydawał się ciepłym, wyrozumiałym i całkowicie ludzkim człowiekiem. Z takim szefem praca miała być czystą przyjemnością.
Podałam mu bagaż i poszłam za nim do samochodu. Pojazd wyglądał już trochę bardziej elegancko i zdradzał, że się nie myliłam co do ich statusu. Wsiadłam do tyłu, a on spakował moje torebki. Ruszyliśmy, zostawiając gwarne lotnisko za sobą.
Wpatrywałam się w okolicę, nie chcąc stracić żadnego widoku. To było miejsce z marzeń niejednej osoby, a ja byłam tu teraz, naprawdę. Jechaliśmy raczej obrzeżami, chociaż i to było wspaniałe. Widziałam przez moment piaszczyste brzegi oceanu i zapragnęłam pojawić się tam chociaż raz w ciągu mojego pobytu.
Kilka kwadransów później dojechaliśmy na miejsce. Długim podjazdem dotarliśmy pod duży, biały dom otoczony najbardziej zieloną trawą, jaką w życiu widziałam. Ozdabiały ją przeróżne nasadzenia, wszystkie pięknie przystrzyżone. Nie mogłam wyjść z podziwu.
Zatrzymaliśmy się zaraz pod wejściem, do którego prowadził szereg białych schodków. Wysiadłam z samochodu, rozkoszując się widokiem, a on po chwili wyciągnął mój bagaż i zaczęliśmy iść w kierunku wejścia.
Wtedy z domu wybiegła mała, roześmiana dziewczynka i zbiegając po schodach, wylądowała wprost na mnie.
Była taka radosna, że nie przyszło mi do głowy, by się na nią gniewać. Zaśmiałam się tylko głośno, podnosząc nas obie na nogi.
— Hej, Ty pewnie jesteś Alison, zgadza się?
Dziewczynka zaśmiała się słodko, zawstydzona tym, że wiem, jak ma na imię. Kiwnęła głową, patrząc na swoje buty.
— Ja mam na imię Alicja i od dzisiaj będziemy się widzieć codziennie. Co o tym myślisz? — spytałam przyjacielskim tonem.
Dziewczynka uniosła wzrok i spojrzała mi w oczy. Była delikatną blondynką o lekko podkręconych włoskach i dużych błękitnych oczach. Wyglądała tak słodko, że od razu skradła moje serce.
— Muszę teraz iść z Twoim bratem do pokoju, żeby się rozpakować, ale później na pewno się zobaczymy, dobrze? — powiedziałam, wskazując na mężczyznę z walizką.
Dziewczynka wyglądała na zdziwioną moimi słowami.
— Ale to nie jest mój brat — odpowiedziała, czym kompletnie zbiła mnie z pantałyku.
— Alison, gdzie Ty znowu uciekłaś?! — usłyszałam ostry, podniesiony głos.
Gdy odnalazłam wzrokiem tego, który krzyczał, dostrzegłam młodego bruneta w białym, lnianym garniturze. Nie mógł być starszy ode mnie więcej niż kilka lat.
— To jest mój brat — dodała ciszej dziewczynka, pokazując na chłopaka schodzącego w naszym kierunku.
— Mówiłem Ci, żebyś poczekała — powiedział w kierunku siostry, po czym zwrócił się do mnie: — Dzień dobry, Pani jest pewnie tą guwernantką.
— Tak, Alicja Skowrońska — odpowiedziałam, podając mu rękę.
Złapał ją i przyglądał mi się przez chwilę, a widząc na mojej twarzy zmieszanie, puścił ją.
— Erick Stell. Matt wniesie Pani bagaże, a ja i Alison poczekamy w salonie — powiedział. — Prawda? — wycedził do siostry.
Dziewczynka posłusznie przytaknęła i poszła za nim. Odniosłam wrażenie, że nie byli ze sobą zbyt zżyci. Dobrze, że się tu zjawiłam. Ta dziewczynka jak nikt potrzebuje mieć kogoś bliskiego, szczególnie po stracie, jakiej doświadczyła.
Szłam zaraz za mężczyzną niosącym moje bagaże. Skoro nie był szefem, to widocznie też tutaj pracował. Miałam nadzieję, że zdradzi mi coś więcej o zasadach tu panujących.
Dom w środku wyglądał jeszcze lepiej niż na zewnątrz. Wszystko urządzone było elegancko, ale bez zbędnego przepychu. Zwiedzanie tego miejsca zajęłoby mi chyba cały dzień, ale teraz szliśmy prosto do mojego pokoju, który znajdował się na parterze, niedaleko głównego wejścia. Stało w nim łóżko, duża biała szafa i toaletka. Łazienka z tego, co usłyszałam, była wspólna. Gdy bagaże znalazły się w pokoju, postanowiłam zagadać do szofera.
— Dziękuję za pomoc. Powiedz mi proszę, długo już tu pracujesz?
— Dziewiąty rok — odpowiedział zdawkowo.
Nie był zbyt wygadany, jednak nie zniechęciło mnie to.
— Dasz może jakieś rady nowicjuszce? — spytałam najprzyjaźniej, jak potrafiłam.
Matt zatrzymał się w drzwiach i po raz pierwszy spojrzał mi prosto w oczy.
— Uważaj na szefa. To jedyna rada. A teraz chodźmy do salonu.








