Prolog
Iga obudziła się gwałtownie, z sercem bijącym tak mocno, że przez chwilę była przekonana, że nadal siedzi przypięta pasami w kabinie karetki, a wszystko, co wydarzyło się po uderzeniu, jest tylko kolejną częścią snu. Przez kilka sekund nie potrafiła rozpoznać własnego pokoju. Ciemność za oknem, ciężki oddech i zapach potu na skórze mieszały się jeszcze z obrazami, które przed chwilą były snem.
Drzewo było tak blisko. Pamiętała jego pień, szeroki i ciemny, pamiętała światła odbijające się od mokrej kory i tę krótką, absurdalną myśl, że nie ma już żadnej możliwości, żeby je ominąć. Potem wszystko wydarzyło się jednocześnie, chociaż w rzeczywistości musiało trwać zaledwie kilka sekund: gwałtowne hamowanie, szarpnięcie samochodu, czyjś krzyk, odgłos zgniatanego metalu i uderzenie, które przeszło przez całe ciało.
Iga usiadła na łóżku i przez chwilę siedziała bez ruchu, próbując odnaleźć rytm własnego oddechu. Była w domu. Nie w karetce, nie na poboczu, nie pod drzewem, tylko w swoim mieszkaniu i w swojej sypialni w dodatku w środku nocy.
Przetarła twarz dłońmi i spojrzała na zegarek stojący na stoliku nocnym. Trzecia siedemnaście. Westchnęła cicho. Świetnie. Do rana zostało jeszcze kilka godzin, a ona już wiedziała, że raczej nie zaśnie.
Sięgnęła po szklankę wody i wypiła kilka łyków, choć woda była letnia i miała lekko metaliczny smak. Odstawiła szklankę, po czym oparła łokcie na kolanach i przez chwilę wpatrywała się w podłogę. Nie chciała wracać do tego snu. Nie chciała również przyznać przed samą sobą, że coraz częściej śni jej się wypadek.
Od dnia, kiedy karetka wypadła z drogi, minęło zaledwie kilka tygodni, ale dla Igi czas zaczął zachowywać się dziwnie. W ciągu dnia potrafiła funkcjonować niemal normalnie, rozmawiać z ludźmi, robić zakupy, odbierać telefony, a nawet żartować z kolegami, natomiast nocą wszystko wracało do niej w zupełnie innej postaci. Czasami śniła o drzewie, czasami we śnie słyszała huk. Kiedy indziej budziła się przekonana, że ktoś krzyczy jej imię. Najgorsze były jednak noce takie jak ta, kiedy nie potrafiła już powiedzieć, który wypadek właściwie jej się śnił.
Pod obrazem rozbitej karetki pojawiały się inne obrazy, starsze i bardziej rozmyte, które nie powinny mieć z tym nic wspólnego. Droga. Słońce. Ciepło samochodowego wnętrza. Radio grające gdzieś w tle. Męska dłoń na kierownicy. Potem nagłe hamowanie. I znowu drzewo.
Iga zamknęła oczy, ale natychmiast je otworzyła. Nie. Nie teraz. Przez chwilę próbowała wmówić sobie, że to tylko zmęczenie, zwykła reakcja organizmu po wypadku i nic więcej, ale gdzieś głęboko wiedziała, że nie jest to cała prawda. Nie wiedziała tylko, jaka jest ta druga część.
Pamięć podsuwała jej pojedyncze obrazy, nigdy całe wydarzenie, jakby ktoś pociął film na małe kawałki i wymieszał je ze sobą. Przednia szyba. Światło. Czyjś głos. Pasy bezpieczeństwa. Znów krzyk. Czyjaś ręka. Szkło. A potem znowu była w karetce.
Iga otworzyła oczy i spojrzała w stronę okna. Za szybą panowała zupełna ciemność. Wstała i podeszła do niego, a chłód szkła przyjemnie otrzeźwił jej rozgrzane czoło. Na ulicy nie było nikogo, tylko pojedyncze światła latarni odbijały się w mokrym asfalcie, tworząc długie, rozmazane smugi. Przez chwilę patrzyła na nie bezmyślnie, aż nagle jedna z nich przypomniała jej światła samochodu z tamtej nocy. Mrugnęła. Obraz zniknął.
— Przestań — powiedziała cicho.
Nie wiedziała, czy mówi do siebie, czy do tego co podsuwa jej wyobraźnia.
Wróciła do łóżka, i wtedy usłyszała ciche miauknięcie. Odwróciła głowę. Frycek siedział na środku kołdry i patrzył na nią z wyraźnym wyrzutem, jakby to ona ponosiła odpowiedzialność za zakłócenie jego snu.
— Co? — zapytała.
Kot odpowiedział krótkim miauknięciem.
— Wiem, że cię obudziłam.
Frycek zamrugał powoli.
— Nie zrobiłam tego specjalnie.
Kot zeskoczył z łóżka, przeciągnął się i podszedł do niej, po czym otarł się o jej łydkę. Iga spojrzała na niego z góry.
— Nie dostaniesz jedzenia.
Frycek ponownie miauknął.
— Jest trzecia w nocy.
Kot spojrzał na nią tak, jakby godzina nie miała dla niego najmniejszego znaczenia.
— Poza tym masz jeszcze pół miski.
Frycek odwrócił się demonstracyjnie.
— Obrażalski.
Kot wskoczył z powrotem na łóżko i ułożył się obok niej. Iga usiadła, a po chwili pogładziła go po grzbiecie.
— Wiesz, że jutro mam rozmowę z dyrektorem?
Frycek zaczął mruczeć.
— Podejrzewam, że wiem, co powie.
Mruczenie stało się głośniejsze.
— Dwa miesiące.
Iga pokręciła głową.
— Dwa miesiące przymusowego urlopu, bo podobno muszę odpocząć.
Frycek przymknął oczy.
— Nie potrzebuję odpoczynku.
Kot milczał.
— Naprawdę.
Iga spojrzała na niego, jakby oczekiwała potwierdzenia, ale Frycek najwyraźniej nie zamierzał angażować się w dyskusję.
— Ty przynajmniej niczego ode mnie nie oczekujesz.
Kot otworzył jedno oko.
— No dobrze, poza jedzeniem.
Iga uśmiechnęła się lekko. Był to pierwszy uśmiech od chwili, kiedy się obudziła.
Wzięła szklankę ze stolika i napiła się jeszcze raz, a Frycek zainteresował się wodą i próbował podejść bliżej.
— Nie.
Kot wyciągnął szyję.
— Powiedziałam nie.
Frycek spojrzał na nią obrażony.
— Masz swoją miskę.
Kot usiadł i zaczął myć łapę.
— Właśnie.
Iga odłożyła szklankę i położyła się z powrotem. Frycek, jakby tylko na to czekał, przesunął się bliżej i ułożył przy jej brzuchu.
Przez kilka minut Iga głaskała go powoli, czując pod dłonią ciepłe, miękkie futro i spokojny ruch jego ciała. Mruczenie kota było jednostajne i monotonne, ale właśnie tego potrzebowała, ponieważ zagłuszało wszystkie inne dźwięki, które jej wyobraźnia próbowała wyciągnąć z ciemności.
Zamknęła oczy. Przez moment widziała tylko ciemność. Potem pojawiło się światło. Nie wiedziała, skąd. Było jasne, niemal białe, a za nim pojawiła się droga, której nie potrafiła rozpoznać. Samochód jechał szybko, choć nie wiedziała, kto siedział za kierownicą. Słyszała czyjś głos, ale słowa były niewyraźne, jakby dochodziły do niej spod wody.
Potem zobaczyła rękę. Dłoń zaciśniętą na kierownicy. A może na jej ramieniu. Nie była pewna.
Następny obraz był zupełnie inny. Kawałki szkła na siedzeniu. Czerwona kontrolka. Czyjeś włosy. Zapach rozgrzanego materiału. Pisk hamulców. I znowu drzewo.
Iga otworzyła oczy. Leżała nieruchomo, patrząc w sufit. Frycek nadal spał obok niej.
— Przepraszam — szepnęła.
Kot nie odpowiedział.
Po chwili Iga znowu zamknęła oczy, tym razem tylko na kilka sekund, ale sen nie chciał przyjść. Zamiast niego pojawiały się pojedyncze obrazy, które nie miały początku ani końca i których nie potrafiła przypisać do żadnego konkretnego dnia. Czasami była dzieckiem, czasami siedziała w karetce, czasami patrzyła przez szybę samochodu, a czasami była jednocześnie we wszystkich tych miejscach.
Najbardziej przerażające było to, że jej ciało nie widziało różnicy. Za każdym razem reagowało tak samo: napięciem mięśni, przyspieszonym oddechem, sercem, które nagle zaczynało bić za szybko.
Iga przekręciła się na bok i przyciągnęła kołdrę pod brodę. Próbowała zasnąć. Naprawdę próbowała. Oddech spokojny, powolny, myślenie o czymś przyjemnym. Nic.
Otworzyła oczy. Spojrzała na zegarek. 3:58. Minęło zaledwie czterdzieści minut.
Westchnęła i pogładziła Frycka po głowie.
— Jeszcze trochę — powiedziała cicho. — Może jednak zasnę.
Kot poruszył uszami, ale nawet nie podniósł głowy.
Iga przymknęła oczy. Tym razem nie pojawiły się żadne obrazy. Tylko pustka.
Przez kilka minut pozostawała na granicy snu, zapadając się w niego na krótkie chwile i natychmiast z niego wypływając, jakby nie potrafiła znaleźć miejsca, w którym mogłaby bezpiecznie się zatrzymać. Raz wydawało jej się, że słyszy deszcz, innym razem syrenę, potem głos, którego nie potrafiła rozpoznać. A później znowu była cisza.
Kiedy otworzyła oczy, za oknem było już odrobinę jaśniej. Niebo nadal było ciężkie i szare, ale czerń nocy zaczynała powoli ustępować. Iga spojrzała na zegarek. 5:21. Frycek spał spokojnie. Ona nadal nie.
Leżała więc nieruchomo, z dłonią opartą na jego grzbiecie, słuchając jego cichego mruczenia i obserwując, jak szarość za oknem powoli wypełnia pokój. Nie próbowała już walczyć ze snem. Nie próbowała też wracać do wspomnień. Po prostu leżała i czekała. Na świt. Na rozmowę z dyrektorem. Na dzień, którego wcale nie chciała zaczynać.
Za oknem noc ustępowała miejsca porankowi, a niebo z minuty na minutę stawało się coraz jaśniejsze. Iga nadal miała zamknięte oczy, ale nie spała.
Jeszcze nie.








