Rozdział 1
## Perspektywa Ann
— Wszechświecie, żebyś miał świadomość... W tej chwili bardzo, ale to bardzo cię nienawidzę! — wykrzyczałam prosto w ołowiane niebo, przedzierając się przez kolejne gęste, kłujące zarośla.
Starłam dłonią wodę z twarzy, ale rękaw mojej kurtki był już tak dramatycznie przemoczony, że tylko rozmazał deszcz po moich policzkach. Klęłam w duchu, ale nie zwolniłam kroku. Moje nogi same prowadziły mnie w głąb lasu, zupełnie jakby miały własny rozum. Dlaczego? Bo miałam przeczucie.
Musiałam przyznać, że to było najgorsze, najbardziej natrętne przeczucie, jakiego doświadczyłam w całym swoim dwudziestoczteroletnim życiu. Nie czułam strachu – moje przeczucia nigdy nie stawiały mnie w sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia. Były raczej jak bezczelny, nieznoszący sprzeciwu rozkaz. Jeszcze godzinę temu siedziałam wygodnie na kanapie, owinięta puszystym kocem, czytając książkę i pijąc gorącą czekoladę. I nagle, bum. W ułamku sekundy poczułam to uczucie i nakaz:
„Idź do lasu. Natychmiast. Ubieraj się i gnaj przed siebie.”
Nigdy nie wiedziałam, kiedy to nadejdzie, ale jak się objawia, najczęściej był palącym uciskiem w żołądku, czasem to było tylko uczucie: lodowate, czy ciepłe, ale nauczyłam się jednego: gdy przeczucie się pojawiało, należało je wypełnić bezdyskusyjnie.
Niestety, nauczenie się tego kosztowała mnie zbyt wiele. Moje przeczucia nie działały z wyprzedzeniem. Pojawiały się dokładnie w ułamku sekundy, w którym miałam podjąć decyzję. Gdy miałam pięć lat i jechaliśmy z rodzicami do cioci, nagle poczułam, że musimy skręcić w prawo. Dokładnie w tamtej sekundzie krzyknęłam do taty, ale on tylko się uśmiechnął i zignorował kaprys dziecka. Skręcił w lewo. Prosto pod rozpędzoną ciężarówkę. Rodzice zginęli na miejscu. I choć dorastałam w dobrych domach zastępczych, nic nigdy nie zastąpiło mi prawdziwej rodziny.
Później próbowałam zlekceważyć ten głos jeszcze dwa razy. Raz przeczucie kazało mi wejść prosto w głęboką kałużę. Uznałam to za głupotę, ominęłam ją, poślizgnęłam się na mokrym krawężniku i złamałam nogę. Innym razem szukałam pracy. Miałam przed sobą dwie rozmowy – jedną w małym, biednie wyglądającym studiu, a drugą w prestiżowej korporacji. Głos w głowie szeptał: wybierz biedne studio.
Wybrałam luksusowy wieżowiec. Trzy miesiące później firma splajtowała, a ja o mało nie wylądowałam w więzieniu za współudział w machlojkach podatkowych szefa, o których nie miałam pojęcia.
Od tamtej pory przestałam dyskutować. Głos stał się moim dziwnym, ukrytym sprzymierzeńcem. Na studiach mój kolega bawił się w giełdę. Kompletnie nic z tego nie rozumiałam, ale gdy spojrzałam na wykres jednej ze spółek, mój żołądek aż drgnął. Wrzuciłam tam wszystkie swoje oszczędności. Po dwóch miesiącach byłam „bogatą” panią – kwota może nie była milionowa, ale wystarczyła, by spłacić kredyt studencki i kupić małe, przytulne mieszkanie w przyzwoitej dzielnicy. Jako fotograf-freelancer też żyłam komfortowo. Czasem po prostu gnało mnie w jakieś miejsce, robiłam zdjęcie o idealnej porze i zgarniałam za nie świetne nagrody.
Ale dzisiejsza noc była koszmarem.
Zgodnie z nakazem przeczucia parłam przed siebie, ignorując błoto oblepiające moje buty. Nagle, tuż przed mroczną ścianą jodeł, palący ucisk w moim brzuchu zniknął. Jak ręką odjął.
Dotarłam.
Zatrzymałam się, mrużąc oczy. Ściana deszczu skutecznie utrudniała rozszyfrowanie, co znajduje się na ziemi. Zrobiłam trzy ostrożne kroki naprzód, a moje serce zamarło, by po chwili uderzyć z siłą młota pneumatycznego.
W kałuży błota, liści i gęstej, ciemnej krwi, której deszcz nie nadążał zmywać, leżał człowiek.
Podeszłam na chwiejnych, nagle miękkich nogach i bezradnie przykucnęłam przy nim. Moje dłonie drżały, gdy dotknęłam jego policzka. Był gładki i lodowaty. Chciałam już krzyczeć z przerażenia, ale wtedy zauważyłam słabą, białą mgiełkę wydobywającą się z jego ust. Żył.
— Boże, trzeba cię natychmiast zabrać do szpitala — wymamrotałam do siebie, kompletnie panikując.
Nie miałam pojęcia o pierwszej pomocy. Po tym jak z trudem odwróciłam go na plecy spojrzałam na jego pierś - materiał koszuli był rozszarpany, ukazując głębokie, makabrycznie wyglądające rany, z których sączyła się krew. Musiałam go jakoś zabrać z tego lasu. Sama nie należałam do niskich kobiet, miałam niecałe 1,70 metra, ale ten mężczyzna był ode mnie o dobrą głowę wyższy. Wyglądał na potężnego i cholernie ciężkiego. Nie było mowy, żebym go poniosła.
— Słyszysz mnie?! — krzyknęłam, chwytając go za lodowate ramię i lekko potrząsając. — Musisz wstać! Proszę, pomóż mi!
Mężczyzna wydał z siebie cichy, chrapliwy jęk. Jego gęste rzęsy drgnęły i powoli uniósł powieki. W blasku błyskawicy, która rozświetliła niebo, dostrzegłam tylko, że ma niesamowicie intensywne spojrzenie, choć jego oczy były mętne z bólu. Spojrzał na mnie, jakby widział ducha.
Z ogromnym trudem, sycząc z bólu, uniósł się nieco. Złapałam go pod ramię, pozwalając, by oparł swój ciężar na moim ciele. Kiedy wstał, prawie ugięły się pod nami nogi. Był jak zrobiony z czystego granitu.
— Oprzyj się na mnie. Już dobrze, trzymam cię — sapnęłam, owijając jego wielkie ramię wokół moich barków.
Droga powrotna do samochodu była najgorszą drogą w moim życiu. Każdy krok był walką. Mężczyzna co chwilę tracił przytomność, stając się bezwładnym, potwornym ciężarem, a jego ciało ześlizgiwało się z moich ramion. Płakałam z wysiłku, a deszcz mieszał się z moimi łzami. Krew z jego piersi brudziła moją kurtkę, a ja w głowie miałam tylko jedną myśl: błagam, nie umieraj mi tutaj.
W końcu, po wieczności spędzonej w błocie, z spomiędzy drzew wyłoniły się reflektory mojego małego suv’a.
Gdy tylko zatrzasnęłam drzwi, odcinając nas od szalejącej na zewnątrz nawałnicy, od razu przekręciłam ogrzewanie na maksimum. Jechałam szybko, ale cholernie ostrożnie – widoczność była praktycznie zerowa, a wycieraczki ledwo nadążały ze zbieraniem ścian wody. Mknęłam przed siebie z jedną myślą w głowie: kierunek szpital.
Co chwilę zerkałam w stronę nieznajomego na siedzeniu pasażera. Wyglądał koszmarnie. Ciche jęki raz po raz wyrywały się z jego gardła, na czole lśniły kropelki potu, a wysoka gorączka wyraźnie zaczynała nim trawić. Ta szalona „wycieczka” przez las na pewno mu nie pomogła.
— Trzymaj się, już niedaleko... Zaraz będziemy w szpitalu — powtarzałam cicho, próbując uspokoić samą siebie.
Nangle drgnął. Powoli uniósł powieki, a w żółtym blasku potężnych lamp ulicznych, obok których przejeżdżaliśmy, w końcu mogłam mu się lepiej przyjrzeć. Miał niesamowite oczy – głębokie, o przepięknym, ciepłym odcieniu gęstej, gorzkiej czekolady. Nad nimi mierzwiły się czarne, mokre włosy, odrobinę dłuższe na górze, które uparcie spadały mu na czoło.
— Gdzie ja... jestem? — wykrztusił chropowatym, głębokim głosem.
Nie bardzo wiedziałam, o które „gdzie” mu chodzi, więc zaczęłam od tego, co najbardziej oczywiste.
— W moim aucie. Znalazłam cię w lesie, byłeś poraniony. Zabrałam cię ze sobą.
— Dziękuję... — powiedział niepewnie, po czym zmrużył lekko swoje czekoladowe oczy. — Kim jesteś?
— Nazywam się Ann. A ty?
— Ja jestem... Ja... — Spojrzał na swoje wielkie, zakrwawione dłonie, a na jego twarzy odmalował się czysty, autentyczny strach. — Nie wiem. Nic nie wiem...
Gwałtownie uniósł dłoń, jakby chciał złapać się za głowę, ale ostry, rwący ból w rozszarpanej klatce piersiowej natychmiast mu to uniemożliwił. Syknął potężnie, opadając z powrotem na fotel.
— Co mi się stało? — wycharczał.
— Sama nie wiem, wygląda to tak, jakby zaatakowało cię jakieś dzikie zwierzę. Ale nie martw się, zaraz będziemy w szpitalu i tam wszystko zbadają. Wszystko będzie dobrze.
— Dobrze... — powtórzył mechanicznie i przymknął oczy.
Nie minęła jednak nawet sekunda, kiedy gwałtownie je otworzył. Nim zdążyłam zareagować, jego wielka dłoń wystrzeliła do przodu i zacisnęła się na moim nadgarstku, którym trzymałam kierownicę. Jak na tak potwornie skatowanego i osłabionego człowieka, miał żelazny, wręcz nieludzki uścisk.
— Żadnego szpitala! — warknął, a w jego głosie, oprócz paniki, usłyszałam dziwną, władczą nutę.
— Ale tam ci pomogą! — argumentowałam, zwalniając bo akurat dojeżdżaliśmy do skrzyżowania.
— Nie! — upierał się, zaciskając palce na mojej skórze jeszcze mocniej, choć nie na tyle, by zrobić mi krzywdę.
— Nie mogę iść do szpitala.
— Czemu?
— Nie wiem! Po prostu... wiem, że nie mogę! Proszę...
Akurat zapaliło się czerwone światło. Zatrzymałam gwałtownie samochód i odwróciłam się do niego. Patrzyłam na jego bladą twarz i na te wielkie, czekoladowe oczy, w których malowało się czyste, błagalne wołanie o pomoc. I wtedy, dokładnie w tamtym ułamku sekundy, poczułam to. To znajome, ciepłe drżenie w żołądku. Moje przeczucie znowu się odezwało, tym razem cichym, spokojnym szeptem: „Zaufaj mu. Zabierz go.”
Westchnęłam ciężko, opierając czoło o kierownicę na ułamek sekundy.
— Dobrze — powiedziałam w końcu, zdejmując delikatnie jego wielką dłoń ze swojego nadgarstka. — Zabiorę cię do siebie. Ale lojalnie ostrzegam: jeśli będziesz sprawiał mi jakiekolwiek problemy albo, nie daj Boże, umrzesz w moim łóżku, osobiście wyrzucę cię przez okno. Jasne?
Na jego wargach ujrzałam coś na kształt bladego, wdzięcznego uśmiechu, nim jego głowa opadła bezwładnie na bok, a on ponownie zapadł w głęboki sen.
Do mojego bloku dotarliśmy po kolejnych piętnastu minutach. Jestem niemal pewna, że po drodze przekroczyłam każdą możliwą prędkość. Mogłam mieć tylko nadzieję, że ulewa i zerowa widoczność uniemożliwią fotoradarom identyfikację moich numerów rejestracyjnych.
Mój tajemniczy pasażer przespał całą resztę drogi, rzucając się tylko niespokojnie na fotelu. W pewnym momencie, gdy mijaliśmy przedmieścia, z jego piersi nagle wyrwał się gardłowy, pełen przerażenia i bólu krzyk:
— Jack!
A potem znowu zapadł w głęboką nieprzytomność.
To jedno słowo mogło oznaczać absolutnie wszystko. Imię brata, przyjaciela, kumpla, a nawet chłopaka. Człowiek w malignie rzadko kiedy krzyczy przecież własne imię – to byłoby po prostu dziwne. Najwyraźniej wzywał kogoś, kto był dla niego cholernie ważny, albo kogoś, kto go w ten stan wpakował. Jednakże, sama nie miałam pomysłu, jak mam się do niego zwracać, a to imię jakoś niezwykle pasowało do jego surowej, wyrazistej twarzy. Postanowiłam więc, że dopóki nie odzyska pamięci, dla mnie będzie po prostu Jackiem.








