Druga strona lasu.
Wczesnojesienny poranek witał świat chłodnym powiewem, a krople wody powoli spływały po szybie w orzechowej ramie. Wzrok utkwiłam w oknie, wybierając swoją kroplę, za którą miałam podążać wzrokiem aż do „mety”. Kropelka z początku płynęła ociężale, jakby tłumiona wokół przez znacznie większe i szybsze konkurentki. Miałam wrażenie, jakby cały świat zwolnił – strużki wody płynęły raz wolno, raz szybko. Będąc już w połowie okna, przestałam wierzyć w wygraną, aż nagle moja kropla wpłynęła w drugą, znacznie przyspieszając. Uniosłam brwi w nagłej nadziei na zwycięstwo, ale już miałam wygrać, gdy Marian, przyjaciel mojego ojca, momentalnie odwrócił moją uwagę. Złapał za furtkę i wszedł na podwórko jak do siebie. Usłyszałam trzask zamykającego się metalu, a moje serce zabiło szybciej ze stresu – dokładnie wiedziałam, co się szykuje. Spojrzałam szybko ostatni raz w poszukiwaniu kropli, ale ta dawno spłynęła na brudny parapet po drugiej stronie szyby. Podniosłam się powoli z łóżka, zerkając na ekran telefonu „Ehhh, za 25 min zaczynają się lekcje” - pomyślałam. Wypuściłam głośno powietrze z płuc, mimowolnie marszcząc brwi.
Złapałam za swój czarny plecak z doczepionym fioletowym pomponem, niechlujnie wrzucając dzisiejsze podręczniki i zeszyty, jakby zgarniając je z biurka. Wyszłam z pokoju, przypadkiem trzaskając drzwiami i gubiąc na korytarzu piórnik, który wypadł przez niedomknięty suwak. Zeszłam na dół po schodach, skręciłam w lewo i od razu znalazłam się w skromnej kuchni z drewnianymi meblami; kafelki były już stare i popękane, a ściany przydałoby się odmalować lata temu. Zajrzałam do lodówki i pomiędzy zupą a jogurtami dostrzegłam dwie starannie zapakowane w sreberko kanapki. Lodówka przeważnie była pełna jedzenia – mama bardzo dużo pracowała, ale zawsze dbała o zapasy, no może niekoniecznie z myślą o mnie, choć już jakiś czas temu przestałam się przejmować tym, że nie mogę wziąć nic bez wcześniejszej konsultacji. Czasami zdarzyło mi się pomalować, a wtedy chłopcy nie spuszczali ze mnie wzroku, choć w ogóle nie czułam się piękna – wręcz przeciwnie. Miałam dwie „przyjaciółki”, które też różnie mnie traktowały; jedna z nich kiedyś nawet ściągnęła mi spodnie na środku szkolnego korytarza w ramach świetnego dowcipu. Trzymałam się ich przede wszystkim dlatego, że nie chciałam zostać całkiem sama, chociaż w głębi duszy obie je uwielbiałam mimo przykrości, jakie mi sprawiły. Nastolatki są dzikie, nieposkromione, momentami przerażające – to wiadomo nie od dzisiaj. Nikt nie chce wchodzić im w drogę, szczególnie kiedy dużą grupą przemierzają ulice, a co dopiero siedzieć z całą ich zgrają w jednej klasie.
Wrzuciłam kanapki do mniejszej kieszonki plecaka i powoli skierowałam się w stronę drzwi wyjściowych, zabierając z komody w przedpokoju 10 zł w drobnych, które mama zostawiła mi na dzisiaj do szkoły. Szłam powoli w deszczu bez parasolki, wdeptując w każdą kałużę i kopiąc kamienie po drodze, aby jak najdłużej iść z jednym kawałkiem asfaltu. Mimo deszczu było ciepło, a jedynie kaptur bluzy chronił moje włosy przed wilgocią – parasola oczywiście zapomniała, jak to miałam w zwyczaju o wszystkim zapominać. Dlatego nie uważała się za zbyt inteligentną osobę, tak jak wciąż powtarzał mi ojciec o moim „debilizmie” i braku nadawania się do czegokolwiek. Końcówki wystające z kaptura, narażone na wilgoć, zaczęły ukazywać piękne, równe fale. Widząc to, znów westchnęłam:
– I po co było mi to prostowanie włosów z rana? – pomyślałam.
Po zaledwie 3 minutach byłam już pod domem przyjaciółki. – Alicja, jesteś tam!? Halo, zaraz się spóźnimy! – krzyknęłam w stronę okna, jednocześnie pukając do drzwi. – Jak zwykle z Twojej winy! – odkrzyknęła, wystawiając blond włosy przez okno. – Niby masz do mnie 3 minuty, a zawsze przychodzisz spóźniona! Już schodzę, tylko się nie drzyj. – zaśmiała się głośno.
Dotarłyśmy do szkoły spóźnione o trzy minuty. Wbiegłyśmy na lekcję, usadowiłyśmy się w swojej ławce i pośpiesznie wyciągnęłyśmy podręczniki oraz zeszyty od matematyki. Oczywiście musiałam pożyczyć długopis od Alicji, bo dopiero na miejscu zorientowałam się, że mój piórnik został gdzieś na korytarzu. Alicja zgrabnie notowała każdy wzór, akcentując najważniejsze fragmenty kolorowymi zakreślaczami i co jakiś czas zagadując mnie ze śmiechem pod nosem. Ja natomiast, jak to miałam w zwyczaju, bujałam w obłokach. Nie potrafiłam się skupić: a to za oknem przebiegał pies, chłopaki z klasy znowu wyprawiali jakieś cyrki, Alicja rzucała w moją stronę kolejne uwagi, na drzewie w drugim oknie lądował ładny ptak, a pani od matmy miała krzywo zapięty naszyjnik. W efekcie moje notatki z dzisiejszych zajęć ograniczały się do daty, tematu, kilku wyrwanych z kontekstu wzorów – bo nigdy nie nadążałam z ich zapisywaniem, zanim tablica została wyczyszczona – oraz kilku rysunków na marginesie i pospiesznie nabazgranego zadania domowego z domalowanym obok domkiem. Jak ja je zdołam zrobić, nie rozumiejąc z podręcznika ani słowa?
Zamyśliłam się nad tym na dobre, aż w końcu przerwę obwieścił dzwonek. To była mała szkoła, w której każda klasa miała przypisaną swoją stałą salę lekcyjną. Nasza znajdowała się na parterze, tuż po lewej stronie od wejścia. Była dość nietypowa – okna zrównały się z poziomem asfaltu, co dawało specyficzną perspektywę i ułatwiało nastolatkom ucieczki przez okno na papierosa podczas dłuższych przerw. Druga klasa gimnazjum, połączona z dzieciakami ze wszystkich okolicznych wiosek, zdecydowanie nie wróżyła nic dobrego. Nagle z tego błogiego odrętwienia wyrwał mnie spokojny głos pani Joanny.
– Talia, podejdź proszę ze mną do pokoju nauczycielskiego, musimy porozmawiać – powiedziała tonem, w którym wyczułam niepokojącą troskę
Ruszyłam powolnym krokiem w stronę pokoju nauczycielskiego, odbywając swój własny walk of shame. W uszach dźwięczały mi ciche szepty, śmiechy i oceniające spojrzenia dzieciaków z innych klas. Lepiej być nie mogło – już na pierwszej lekcji pierwszego dnia szkoły nauczycielka ściągała mnie na dywanik. Usiadłyśmy naprzeciwko siebie przy długim biurku, niczym na jakiejś oficjalnej delegacji.
– W zeszłym roku miałaś spore problemy w nauce, spóźniałaś się i opuszczałaś lekcje. Czy coś się dzieje? – Spojrzała na mnie z troską, przerzucając kartki zeszłorocznego papierowego dziennika. W końcu to wychowawczyni; nic dziwnego, że zachowała go sobie, skoro w tym roku wprowadzono już dziennik elektroniczny. Kto by pomyślał, że w 2015 roku tak trudno będzie ukryć przed rodzicami kolejną pałę?
– Tak, wiem. Wszystko w porządku – rzuciłam mechanicznie, rozglądając się po pomieszczeniu.
Wychowawczyni jeszcze coś mówiła, ale poczułam się tak, jakby ktoś wcisnął przycisk mute na pilocie. Wzrok utkwiłam na stertach dokumentów piętrzących na szafce za jej plecami.
– Halo, Talia, czy ty w ogóle mnie słuchasz? – Nauczycielka pomachała lekko dłonią przed moimi oczami, próbując odzyskać moją uwagę.
– Tak, tak, przepraszam. W tym roku postaram się to ogarnąć. Naprawdę, wszystko jest w porządku – uśmiechnęłam się sztucznie, gorączkowo zastanawiając się, czy udzieliłam właściwej odpowiedzi na pytanie, którego nawet nie słyszałam.
Reszta dnia minęła względnie spokojnie, choć na koniec czekała mnie perspektywa zdobycia notatek i zrobienia zadań domowych – co gorsza – konieczności przekazania rodzicom haseł oraz loginów do elektronicznego dziennika. Kurwa, niedobrze.
Wracam sama, bo Alicja pojechała z mamą na wizytę kontrolną do dentysty. Dzień wciąż był ponury, a wizja powrotu napawała mnie lękiem. W domu pewnie czekał pijany ojciec, gotowy „pomóc mi w odrabianiu lekcji” – ani mi się śniło sprawdzać, co to oznacza. Ostatnim razem skończyło się to uderzeniem w głowę i falą wyzwisk. Moje nogi same powędrowały w stronę pobliskiego lasu. Uwielbiam tam przesiadywać, natura zawsze dawała mi upragniony spokój i wytchnienie. Wyciszyłam telefon i usadowiłam się na grubej gałęzi niskiej, starej jabłoni. Mimo wcześniejszego deszczu drzewa rosły na tyle gęsto, że w środku panował względnie suchy mikroklimat. Podłączyłam słuchawki, puszczając muzykę prosto do uszu, i zatraciłam się w tym stanie na jakieś trzy godziny, zupełnie nie chcąc wracać do domu. Aż nagle dostrzegłam między drzewami dziwny, jasny rozbłysk.
Zaczęłam zbliżać się w tamtym kierunku, a do moich nozdrzy dotarł osobliwy zapach – coś w stylu siarki i świeżo skoszonej trawy. Nigdy wcześniej nie czułam takiego połączenia, a ono jakby przyciągało mnie do siebie. Weszłam w swego rodzaju trans i podeszłam powoli. Moim oczom ukazała się... no właśnie, co? Wyrwa w powietrzu? Portal?
Zwariowałam, na pewno zwariowałam..
W tej „dziurze” widziałam piękną polanę z fioletowymi kwiatami, a strumyk płynący przez jej środek był otoczony kamiennymi słupami, po których skakały jakieś dziwne, kolorowe, puszyste zwierzaki w różnych kolorach. Światło wyglądało tak, jakby był tam dopiero poranek podczas gdy w moim świecie powoli zaczynało zmierzchać. Intensywnie błękitne niebo 87uoprócz księżyca miało widoczną jakąś planetę przypominającą Saturn.
Obeszłam to „coś” wokół sprawdzając czy na pewno jest to portal do innego wymiaru. Nagle zobaczyłam, że przy polanie za drzewami coś się czai. Coś przerażającego. Zobaczyłam... sama nie wiem, wielkie pomarańczowe oko, z którego bił ognisty żar, a drzewa wokół stanęły w płomieniach. Stałam tam jak zahipnotyzowana, aż nagle zza moich pleców usłyszałam znajomy głos, który momentalnie wyciągnął mnie z transu.
– Talia? – Obróciłam się raptownie, a moja twarz musiała wyglądać na przerażoną. – Talia, wszystko dobrze?
Odwróciłam się w ciszy jeszcze raz, chcąc spojrzeć na portal, ale już go tam nie było. Zniknął od tak.
– Stara, ojciec cię szukał, był u mnie.
Gdy dotarły do mnie jej słowa, wróciłam wzrokiem i umysłem do tego świata. Czy ona tego nie widziała?? Tak, zdecydowanie zwariowałam..