Prolog.
Na głowie i kolanach ciążyło mu jak ołowiane cegły… ach tak, poczucie winy. Wszystko umyć, wysprzątać, schować, udawać, że wszystko jest dobrze. Cholera, krew wsiąknęła. Krew? Gdzie jest ciało? Jakie ciało? Skąd wiesz, że JEST jakieś CIAŁO? Należy sprzątać? Nie. To nie jest słuszne. Doskonale czując, że nie należy się obracać, przeszedł do łazienki. Mydło, woda, ręce czyste, ręcznik. Dotknął telefonu. Odebrał głos.
– Nie chcę przeszkadzać. Tak. – Podał adres do słuchawki. – Ktoś chyba… odszedł.
Czyjeś drogie oczy przestały kochać piękny świat. Drogie serce, bijące dla innych serc, przestało bić. Drogie płuca nie dostarczą już powietrza żadnej prawdzie. Wszyscy musieli być w rozpaczy. Na ich miejscu też próbowałby dowiedzieć się o okolicznościach jej odejścia od każdej znanej jej osoby. Płakał, że nie mógł ich wesprzeć. Musiał przynajmniej móc ich pocieszyć. Ukochana osoba zawsze pocieszała płaczących, a lepszej od niej nie było. Musiało być słuszne iść jej śladami. Trudniejsze to było, niż się wydawało. Ledwo utrzymał ten uśmiech, często widziany na jej twarzy, gdy weszli. Oceniacze. Przygotowani z góry na konieczność posiadania własnej opinii. A musiało być w nim wiele do oceniania. Nie chciał być oceniony. Posiadający własną opinię! Jak marnie dobierzecie się do serca człowieka, właściwości właściwych prawd głębokich. W porównaniu z nimi dzieckiem będąc, bliżej prawdy się czuł (jakby ta stała po stronie niewiedzących) i też lepszym. Skrupulatnie przybrał (bez wyrzutów jako lepszy) postawę, uprzejmość. Stał się idealnym kłamstwem. Unikanie tych konkretnych „ocenialnych” odpowiedzi dawało poczucie znajomości i przychodziło z nauczoną łatwością, choć nie wiedział jakich tematów właściwie ma unikać – nie pamiętał.
(Nie unikał pytania o zatrzymanie bicia drogiego serca. Miał wrażenie, że to zrobił i że, przyznając się, nie kłamał).
– Imię i nazwisko. – Pytali naprzód.
– Przepraszam. Nie jestem pewien, właściwie nie wiem. Jakaś podpowiedź?
– Kpi pan.
– Przepraszam, chyba nie kpię. Mogę poprosić kartkę i długopis?
Zaufał ręce. Przecież nie raz musiał się podpisywać. Pozwolił jej ślaczyć po papierze. Zostawił po sobie dziwny, niewyraźny ślad.
– Maloona?
– Malkone, pana nazwisko. – Poprawił go mężczyzna.
– Imię? – Zapytał grzecznie.
– Dave.
Imię brzmiało słodko, pachniało owocowo, w dotyku było miękkie. Wtóry raz otuliło go wrażenie utraty kogoś naprawdę bliskiego. Głęboko musiał przeczuwać wielki smutek. Uśmiechał się do nich na pożegnanie, odprowadzany do strasznych czterech ścian, ale jak tylko drzwi się zamknęły – powieki opadły na ciężkie oczy i wreszcie poczuł pierwszą emocję od podjęcia słuchawki. Czuł się słaby wobec wszystkiego, odgrywania roli, dobroci – tak, to było to uczucie. Kto miał go teraz pocieszyć nie przychodził… nie przyjdzie. Tłum wokół niego chciał tej słabości i samotności, dobry był dla tłumu nienaturalny (czuł to od mężczyzn), ten chciał widzieć w nim straszydło. Na przekór im kochał świat i dobro. Podnosił rękę przeciwko tej presji. Siłę miał tylko w przekonaniu o czyimś naleganiu na wiarę, że nie jest straszydłem. Skoro ten bardzo drogi ktoś tego nie chce, udało mu się położyć w łóżku i zamknąć oczy. Pomimo przeczucia: nie zasługujesz by już kiedykolwiek leżeć wygodnie (czuł jakby leżał na igłach), zamykać oczy do snu (zetknięte powieki paliły jak ogień piekielny). Nikczemny musiał być ten ktoś wewnątrz, tak podpowiadając. „W porządku jest spać” – słyszał słodki, pachnący owocowo, w dotyku miękki głos, słowa biły mu w głowie jak wbijane młotkiem. – „Każdy zasługuje na dobry sen. Ty też. Lubię cię, wiesz?”. Zatem musiał zasnąć. Jak w majaku skakał śpiący na nogi i jakby próbował przypomnieć tamten czas…
Na drugie spotkanie przyszedł ktoś zupełnie inny. Z niecierpliwością niemal wyczekiwał i oglądał nowego gościa. Powierzchowność była zabarwiona męskością, ale jednak pozostawała z pewnością kobieca. Bardzo podobna do kogoś. Nie w samych tylko cechach. Podobna aura w ubiorze, geście, tak samo wspaniały uśmiech.
– Sally.
– Przypomniał Pan sobie imię żony?
– Przepraszam.
Usiadła blisko, położyła rękę na jego ramieniu. Widziała, że nie czuje się dobrze. Przysunęła go do siebie, piękne były jej słowa i głos.
– W porządku. W porządku.
– Nie boi się mnie Pani?
– …Z tego co dowiedzieliśmy się o Panu do tej pory… Będzie potrzeba Pana pomoc, by zrozumieć Pana powody, rozumie Pan? Wszystko dla Sally.
– …Kocham ją.
– …W nocy po pierwszym przesłuchaniu, zdawał się Pan jak w chorobie mówić: „Mówiłem, że cię zabiję”. Czy to groźba?
– Nigdy! Oczywiście, że nie. Ona jest wspaniała. Wiem, że nigdy nie zrobiłaby nic, bym miał jej grozić.
– Więc czemu?
– Przepraszam.
Czyjeś drogie uszy przestały słuchać piękny świat. Drogie palce nie będą czułe. Drogi brzuch nie podpowie już nigdy słusznej drogi. Jestem nikczemny.
– …W Pana pokoju znaleziono wiele niepokojących filmów i zdjęć.
– Proszę…
Nie odpuściła mu niezależnie, jak bardzo nie chciał wiedzieć o takim sobie. Nieprawda. Nie pokochałaby tak mocno kogoś takiego. Jej wielka miłość była dowodem na jego dobroć. Po co ktoś tak dobry, by zasługiwać na jej miłość, mógł mieć takie obrazy w domu?! Musiałby je mieć z czystego zboczenia i fetyszu, a ona nie pokochałaby kogoś takiego! Miałaby o nich nie wiedzieć? (Niemożliwe, nie pokochałaby kłamcy). Miałaby wiedzieć i dalej go kochać? (Niemożliwe, była mądra). Miałaby być oceniającą. (Nie, oceniający są obrzydliwi, ona taka nie była). Te obrazy nigdy nie znajdowały się w jego domu, nigdy ich nie widział. Nie będzie słuchał więcej. Dla niej i ochrony jej pamięci, przestanie słyszeć. Od tamtego dnia długo jeszcze nie zobaczył nic, nic nie usłyszał.
Nie usłyszał: „Sally popełniła tylko jeden błąd. Pokochała niewłaściwego człowieka”, kiedy cały świat zwrócił się przeciwko niemu i jego pamięci o niej.
Tylko czasami nikczemna osoba wewnątrz kazała mu wątpić.








