Prolog – Tiana
Za oknem od dłuższego czasu nie było widać niczego poza wodą. Wpatrywałam się w nią, siedząc na kanapie z nogami podciągniętymi pod brodę. Przy każdym przechyleniu jachtu linia horyzontu przesuwała się nieznacznie, a mnie robiło się niedobrze. Nie wiedziałam, czy przez kołysanie, czy przez rozmowę, którą ojciec najwyraźniej uważał za zakończoną.
Na stoliku między nami leżał mój telefon. Ekran gasł i zapalał się za każdym razem, gdy dotykałam go palcem, chociaż dobrze wiedziałam, że nic się nie zmieniło. Nadal nie miałam zasięgu. Nie mogłam nawet napisać do kogoś, żeby przez chwilę poudawać, że to zwyczajny wyjazd. Że zaraz wyślę zdjęcie morza, ponarzekam na nudę i wrócę do domu, kiedy tylko skończą się zawodowe sprawy ojca. Tym razem to nie była praca, to ja byłam jego sprawą do załatwienia.
Poprawiłam rękawy bluzy, naciągając je na dłonie. Ojciec siedział naprzeciwko i patrzył na mnie spode łba. Zwykle musiałam prosić go o choćby pięć minut uwagi, a w tamtej chwili miałam jej tyle, że najchętniej schowałabym się w swojej kajucie i przekręciła zamek.
– Nie wyjdę za niego – wypowiedziałam te słowa spokojniej, niż się spodziewałam. Jeszcze kilka minut wcześniej płakałam, ale łzy niczego nie zmieniły. Krzyk też nie. Ojciec po prostu czekał, aż się uspokoję, jakby miał przed sobą małe dziecko, któremu wystarczyło pozwolić się wyżalić.
– Najpierw go poznasz.
– A później co? Będę mogła powiedzieć, że mi się nie podoba?
Nie odpowiedział od razu. Spojrzał na moje dłonie, zaciśnięte na materiale bluzy, i westchnął cicho. Znałam to westchnienie. Robił tak zawsze, gdy twierdził, że zachowuję się jak dziecko i czas najwyższy dojrzeć.
– To nie jest kwestia tego, czy ci się spodoba.
Zaśmiałam się nerwowo, bo przez chwilę nie wiedziałam, co innego mogłabym zrobić.
– No tak. Przecież to tylko człowiek, z którym mam spędzić resztę życia.
– Nie powiedziałem, że ślub odbędzie się jutro.
– Ale powiedziałeś, że się w ogóle odbędzie! – krzyknęłam, odwracając wzrok. Nienawidziłam się za to, że nie potrafiłam powstrzymać łez.
Nim wsiedliśmy na Jacht, uszykowałam całe przemówienie z wszystkimi możliwymi argumentami "przeciw" popartymi naukowymi dowodami – tak jak mnie uczył. W kajucie powtarzałam zdania zapisane w notesie i obiecywałam sobie, że tym razem nie dam się zbyć. Wystarczyło kilka minut naprzeciwko niego, żebym zapomniała połowę z nich.
Miałam siedemnaście lat. Nie wiedziałam jeszcze, co chcę robić po liceum. Jaką uczelnię wybrać ani tym bardziej kim chcę być w dorosłości. Całe dzieciństwo podróżowałam, więc gdzie miałabym zamieszkać? Zostać w Stanach Zjednoczonych? Na Krecie skąd pochodzi ojciec czy Gruzji, gdzie wychowała się matka? Czasami nawet wybór głupiej sukienki zajmował mi kilka dni. A on oczekiwał, że zgodzę się na męża, którego twarzy nie potrafiłabym rozpoznać w tłumie.
Nie wiedziałam, jak miał na imię. Czy śmiał się głośno? Czy tak jak ja lubił lody czekoladowe? Czy złościł się, kiedy ktoś miał inne zdanie? Czy byłby dla mnie dobry również wtedy, gdy nie spełniałabym jego oczekiwań?
– Spójrz na mnie. – Położył dłoń na mojej.
Pokręciłam głową. Usłyszałam szelest ubrania, a potem kanapa ugięła się obok mnie. Ojciec usiadł na tyle blisko, żeby mógł mnie przytulić, ale odsunęłam się pod sam podłokietnik.
– Kocham cię – powiedział. – Obiecałem twojej matce, że zrobię wszystko, żebyś była bezpieczna.
– To mnie do tego nie zmuszaj. – Przygryzłam wnętrze policzka. – Jak mam być bezpieczna przy kimś całkowicie dla mnie obcym?
– Ale nie są obcy dla mnie.
Poczułam, jak coś zaciska mi się w gardle. Mówił łagodnie, jakby naprawdę się o mnie troszczył, a ja wolałabym, żeby krzyczał. Mogłabym wtedy odpowiedzieć tym samym. Trzasnąć czymś. Uznać, że jest okropny, i przez resztę podróży nie odzywać się do niego ani słowem. Ale siedział obok, otulając mnie tą swoją ojcowską miłością, co zawsze.
– Dla twojego bezpieczeństwa ten ślub jest konieczny.
– Przed czym on ma mnie ochronić? Staropanieństwem? To wróć za dziesięć lat. – Podciągnęłam nosem.
Ojciec spojrzał w stronę okna.
– Są rzeczy, których jeszcze nie zrozumiesz.
– To mi je wyjaśnij! Jeset za młoda na wyjaśnienia, ale wystarczająco dorosła na ślub? – Prychnęłam.
– Nie wszystko jest takie proste.
– Dla mnie jest! – Głos załamał mi się na ostatnim słowie.
Otarłam policzek rękawem, zła na siebie, że nie jestem wstanie nic wskórać. Przez chwilę słyszałam tylko jednostajny odgłos silników i ciche pobrzękiwanie szkła w szafce. Na zewnątrz zaczynało się ściemniać. Jeszcze niedawno promienie słońca odbijały się od wody tak mocno, że musiałam wciągnąć okulary przeciwsłoneczne na oczy. Teraz woda przypominała ciemne lustro. Normalnie zastanawaiałabym się, czy podróż nocą jest bezpieczna, ale wtedy przez głowę potrafiło mi tylko przejść, jak daleko od ladu mnie wywożą.
– Gdyby mama żyła, też byś to zrobił? – Wyrwało mi się, zanim zdążyłam pomyśleć, jak to zabrzmi.
Ojciec znieruchomiał. Pamiętałam mamę głównie ze zdjęć. Czasami wydawało mi się, że pamiętam również jej głos, ale nie byłam pewna, czy nie pochodził z tych nielicznych nagrań, które oglądałam na płytach dvd. Wiedziałam za to, że ojciec nie lubił, kiedy przywoływałam ją podczas kłótni. Wiedziałam, że jej śmierć bolała go tak samo jak mnie, lecz czasem zastanawiałam się, czy gdyby była tu z nami, coś by to zmieniło. A tym razem naprawdę chciałam znać odpowiedź.
– Twoja matka chciałaby, żebyś żyła – powiedział w końcu.
Spojrzałam na niego.Nie powiedział „żebyś była szczęśliwa”. Czy „żebyś była bezpieczna”. Tylko "żebyś żyła". Otworzyłam usta, ale nie zdążyłam o nic zapytać. Uderzenie było tak silne, że zsunęłam się z kanapy. Kolanami trafiłam w stolik, a szklanka stojąca na jego brzegu rozbiła się tuż przy mojej stopie. Telefon przejechał po blacie i zniknął pod meblem. Przez moment nie słyszałam niczego poza głuchym hukiem, który przeszedł przez cały jacht.
Ojciec złapał mnie za ramię, zanim uderzyłam twarzą o podłogę.
– Nic ci nie jest?
Pokręciłam głową. Kolano bolało, ale mogłam nim poruszyć.
– W coś wpłynęliśmy? – Próbowałam dojrzeć coś zza szyby.
Nie odpowiedział. Patrzył w stronę drzwi prowadzących na pokład.
– Tato?
Pomógł mi wstać, mocno ściskając moje palce.
– Zostaniesz tutaj – rozkazał.
– Co się dzieje?
– Muszę to sprawdzić. – Ruszył w strone wyjścia na pokład, a ja za nim, ale zatrzymał mnie w progu. – Tutaj – powtórzył. – Z dala od okien. Zaraz wrócę.
Nie czekał, aż się zgodzę. Drzwi zamknęły się za nim, a ja zostałam sama, ze szkłem pod nogami i sercem, które biło coraz szybciej. Przez kilka sekund patrzyłam na klamkę. "Zaraz wróci. Powiedział, że wróci" – powtarzalam sobie w myślach.
Jacht przechylił się ponownie. Tym razem wystarczająco, żebym musiała podeprzeć się o ścianę. Kolejne naczynia powypadały z szafek. Cofnęłam się odruchowo, kiedy roztrzaskały się na podłodze, nadeptując na odłamek gołą stopą. Ból przeszył całe ciało. Gdzieś nad sobą usłyszałam krzyk. Nie zrozumiałam słów. Chciałam uwierzyć, że ktoś po prostu wydawał polecenia, ale zaraz rozległ się następny huk. Światło zgasło, zapaliło się jeszcze na moment i znowu zniknęło.
– Tato!
Tym razem nie zamierzałam czekać. Dotarłam do drzwi, przytrzymując się mebli. Nacisnęłam klamkę. Skrzydło ustąpiło z trudem, a zimna woda natychmiast wdarła się do środka, oblewając moje stopy. Przez chwilę stałam bez ruchu, z dłonią nadal zaciśniętą na klamce, patrząc jak poziom wody w korytarzu się podnosi.
Zaczęłam wołać ojca, ale odpowiedział mi tylko trzask dochodzący z głębi jachtu. Coś pękało. Nie chciałam zostać wystarczająco długo, żeby się przekonać. Wiedziałam, że jeżeli nie wydostanę się jak najszybciej na pokład, nie wydostanę się już nigdy.
Próbowałam dotrzeć do schodów, przyciskając dłoń do ściany. Woda zdążyła już zamoczyć nogawki moich spodni pi same uda. Ranna stopa piekła się przy każdym kroku, a druga ślizgała się na nierównej powierzchni.
– Nie ma go. – Złość dudniła mi w uszach. – Kazał mi zostać, obiecał, że wróci, ale nigdzie go nie było. Miał mnie chronić, a mnie zostawił.
Na kolejnym stopniu upadłam na kolana. Złapałam poręcz i podciągnęłam się, czując ból w ramieniu. Następny stopień pokonałam niemal na czworakach. Nie mogłam myśleć o niczym poza wyjściem. Musiałam znaleźć się na górze i znaleźć ojca lub kogoś, kto powie mi, co mam robić.
Wiatr uderzył mnie w twarz, gdy wypchnęłam drzwi. Na pokładzie nie było miejsca, które nie wyglądałoby jak pobojowisko. Jeden z leżaków leżał przewrócony przy burcie, drugi przesuwał się po deskach. Zdawało mi się, że w niektórych miejscach widziałam dziury. Czy ślady na ścianach to była krew?
– Tato! – wrzasnęłam ponownie.
Wydawało mi się, że ktoś odpowiedział z drugiego końca jachtu. Obróciłam głowę, szukając go między bryzgami wody, ale zobaczyłam tylko pustą przestrzeń. Zrobiłam krok w tamtą stronę.
Jacht szarpnął tak mocno, że straciłam oparcie. Uderzyłam biodrem o balustradę. Wyciągnęłam rękę, aby zaczepić o nią palce, ale ześlizgnęły się po mokrej powierzchni. Przez ułamek sekundy udało mi się osiągnąć swoj cel, a chwilę później znalazłam się w wodzie.
Zimno odebrało mi oddech. Odruchowo otworzyłam usta, zanim zdążyłam pomyśleć nad konsekwencjami. Lodowata, słona woda wypełniła moje gardło i płuca. Dno znajdowało się kilkanaście metrowpode mną, a jakikolwiek ląd zapewne kilka kilometrów w każdą ze stron. Wierzgałam nogami, uderzałam rękami na oślep, próbując wypchnąć się do góry, ale bluza ciągnęła mnie skutecznie w dół. W końcu wynurzyłam głowę, zwalając z ciała materiał. Zakaszlałam, łapiąc powietrze, ale kolejna fala zalała mi usta. Jacht był blisko, jego burta podnosiła się nade mną. Moją jedyną nadzieją było opłynięcie go i wrócenie na pokład w poszukiwaniu chociażby kamizelki ratunkowej.
Chciałam w tamtym momencie usłyszeć ojca. Poczuć, jak łapie mnie pod ramionami i wyciąga z wody. Mogłabym nawet znieść jego złość za to, że nie zostałam tam, gdzie mi kazał. Byle tylko po mnie przyszedł.
Coś twardego otarło się o moje ramię. Spróbowałam się tego chwycić, ale fala obróciła mnie w przeciwną stronę. Uderzenie przyszło z boku. Przez chwilę czułam ostry ból nad uchem, a potem nie potrafiłam już poruszyć rękami. Woda zamknęła się nade mną. Chciałam wypłynąć, naprawdę chciałam. A po chwili nie musiałam już nic.








