Rozdział 1 Czarne symbole.
Ariela spojrzała na kartkę która leżała przed nią. Litery na niej wrzynały się w jej oczy.
Chciała zamknąć swoje oczy i ich nie otwierać. Ale nie mogła. Zacisnęła długopis który trzymała w ręce. Jej biednej spoconej ręce.
Po jakimś czasie wzięła się za siebie i zaczęła pisać. Na kartce papieru. Myśli swoje wypluwała z czaszki na papier.
“Mój ojciec pił. Wracając z pracy. Mama zawsze chowała mnie pod łóżkiem.”
Napisała, i spojrzała się na jej myśli. Patrząc na symbole na kartce po paru sekundach, rzuciła tuszem na kartkę i zakryła słowa.
“Czy naprawde muszę to robić proszę pani?” Zapytała z zmęczonym tonem głosu.
Kobieta która siedziała przed nią, patrząc się na nią z cierpliwym wzrokiem. Ubrana w ubrania o mile lepsze niż Arieli.
“Wylanie twoich myśli ci pomoże.” Kobieta powiedziała z prawie że mechanicznym głosem.
Ariela z westchnięciem spojrzała na kartke po raz kolejny. I napisała coś innego.
“Czuje się że nie wiem kim jestem. Patrzę się w lustro. Widze kogoś innego. Nie kobietę ani mężczyzna. Ani dziewczyne ani Chłopaka. Może człowieka. Może po prostu figure takiego. Zapomniałam już jak wygląda moja twarz. I nie rozumiem absolutnie nic co dzieje się wokół mnie.”
Ariela odłożyła swój długopis i spojrzała na tekst. Kiwnęła raz głową. Mimo że wylała z siebie coś co pomyślałaby pod prysznicem. Czuła się jakby to co napisała była jak przyjemna na jej myśli muzyka. W swoim sposobie było to miłe.
Podała kartkę Doktorowi.
A ta się na nią popatrzyła. Analizując ją… “Czy często czujesz się jakbyś nie rozpoznawała siebie w lustrze?” Zapytała spoglądając się z powrotem na Ariele.
Ariela czuła że jej praca tworzyła więcej problemów niż rozwiązywała.
“Proszę pani. To nie do końca co chciałam przekazać… Chyba.” Powiedziała teraz sama już nie pewna czy na pewno nie miała tego na myśli. Może, naprawdę nie rozpoznawała siebie w lustrze.
Kobieta naprzeciwko przytakuje po czym patrzy na zegarek. Tym samym zadając inne pytanie. “W takim razie co miałaś na myśli?”
Ariela siedzi na swoim krześle. Patrząc na jej doktora. Jej usta przyklejone do siebie przez kolejne parę minut. Dopóki cierpliwość Pani doktor się nie kończy.
“Dobrze. W takim razie zróbmy coś innego.” Kobieta dała Arieli kartkę papieru. Ten miał pola do wypełnienia. I z jakiegoś powodu to była jej ulubiona aktywność na terapiach.
I tak oto minęła trzecia wizyta w tym tygodniu. te same pola. Ten sam werdykt.
“Cierpisz na ciężką depresję.”
I ta sama recepta, na te same leki, które miały uczynić Ariele, “Szczęśliwą.”
Wychodząc z biura, na białe korytarze które poznawała jakby patrzyła się na nie całe życie. Owszem. Patrzyła się na niego z tylu różnych kątów że zapamiętała każda imperfekcje na klinicznej białej farbie. Te które niby nikt inny nie miał możliwości ujrzenia.
Patrzyłą się na nie z wrogim wzrokiem. Każdy który tylko przeszła. Ktoś by powiedział że dodawały one tekstury, może jakiejś normalności. Ariela ich nienawidziła.
Nienawidziła tego jak niszczą perfekcyjną biel korytarzy.
Mijała innych ludzi. Wyglądających na podobną sytuacje do niej. Ale w taki inny sposób że Ariela ich nie rozumiała. Nie rozumiała czemu połowa z nich tam była. Mieli pewnie łatwiej niż ona. Z ich dobrze utrzymanymi ciuchami i atencjami na smartfony albo gazety.
Nie rozumiała co jest takiego interesującego w ekranach. Ani w wiadomościach.
Wzięła autobus z powrotem do domu. Siadając na jej ulubionym miejscu. Po prawej stronie. Blisko okna z tyłu.
Lubiła patrzeć na drogę na której jechała… Na której Autobus się toczył. Personalnie nie ufała sobie z kontrolowaniem 10 tonowego bloku stali.
Samo siedzenie było dla niej wygodne. Wytrzymałe i lekko twarde. W przeciwieństwie do innych bardzo miękkich siedzeń.
“Wheat fields Lieutenant Street.”
Ogłosił kierowca autobusu. Ariela wstała z swojego siedzenia i staneła przy wyjściu.
Gdy autobus się zatrzymał, Ariela wyszła na zacisze miejskie. Był on daleko od slumsów. Albo jak to inaczej mówili “Suburbi.” Ale była to tańsza część miasta w której Ariela mogła pozwolić sobie żyć.
Wchodząc do apartamentu. Poczuła lekki zapach moczu. Slaby ale z jakiegoś Powodu cały jej dom miał takowy zapach. Nie wiedziała dlaczego. Po prostu istniał. A Ariela go ignorowała. Po jakimś czasie się do niego przyzwyczaiła.
Jej miejsce było w miarę czyste. Czyściła je do stopnia gdzie życie było “w porządku.” A i tak czuła się czasami że dla niej to za dużo.
Zignorowała wszystko wokół niej. I zasadziła swoje ciało na łóżko. Jednak nie poszła jeszcze spać. Sięgnęła po jedną z książek. Tą której okładka wydawała się nudna. I dostała go jako prezent, z parę lat temu. I przeczytała pierwszą stronę.
Była zniechęcająca. Nie było w niej nic wciągającego. Brak intrygi. Brak eleganckiego stylu. Brak czegokolwiek co Ariela znajdowała przyjemne w swoich lekturach. Ale czytała dalej. Bo myśl o czytaniu kolejnego fantasy, gdzie wszystko kończyło się dobrze, i wszyscy żyli długo i szczęśliwie. Za trzecim razem się jej znudziło.
I tak przeczytała całą nowele. I zamykając ją. Dostrzegła że zapadła już ciemność. Dzień minął i spędziła cały dzień czytając książkę.
Popatrzyła na okładkę po raz kolejny. Tym razem uświadomiła sobie. Że było to lustro. Nie potrzebowała nic specjalnego. Bo okładka odzwierciedlała Ariele.
Czytała ona swoją własną biografię. Dziennik który napisała i o nim zapomniała, nowela napisana o niej. O tym jak upadła, i nigdy się nie podniosła.
I nie rozumiała czemu mogła ona przeczytać tą jedną nowele. Rozumiała mniej niż przed przeczytaniem książki. Jednak, było to w pewnym sensie zachęcające aby uśmiechnęła się zanim odejdzie w sen.